wtorek, 24 maja 2016

Wiesław Kaczmarek rozmawia z Gwiazdami: Piosenką trzeba błysnąć - rozmowa z Marcinem Świetlickim / Kawiarnia Baszta - Ostrzeszów

Wiesław Kaczmarek. Dziennikarz niezależny/Dziennikarz Obywatelski. Mieszkam w niedużym mieście OSTRZESZÓW w Wielkopolsce. W naszej miejscowości i regionie bardzo dużo się dzieje w Kulturze/muzyka – malarstwo – poezja – fotografia – historia i inne. Ostatnio regularnie umieszczam artykuły w gazecie: Nasze Strony Ostrzeszowskie oraz w prasie regionalnej. W tej redakcji znajdują się dziennikarze, którzy chcą ze mną współpracować oraz drukować w swej ciekawej gazecie moje artykuły. Interesuje mnie głównie fotografia reporterska. Brałem udział w dwóch wystawach fotograficznych. Na przełomie Lutego/Marca 2016 planowana jest moja wystawa Fotografii w Ostrowie Wlkp/Galeria 33. Urodziłem się w 1953 roku. Moja młodość to Wrocław lata 1970/81. Spotkania, koncerty w Piwnicy Świdnickiej – Klubie dziennikarza – Szklanym Pałacu / studenckim. Wspomnienia zespołów PAKT oraz ROMUALD & ROMAN, OSJAN, koncerty Cz. Niemena w Filharmonii  oraz sławny – Jazz nad Odrą. Tam też poznałem osobiście czołówkę gwiazd kina: B. Łazukę – K. Sienkiewicz – T. Rossa / podczas kręcenia filmu MOTOCROS. Czuję się wspaniale, młodo i chętnie rozmawiam z piosenkarzami, aktorami, ludźmi sztuki i fotografii. Jestem szczęśliwy i radosny.


23 kwietnia w ostrzeszowskiej Kawiarni Baszta zagrała grupa Świetliki! Za mikrofonem stanął jeden z najlepszych polskich poetów – Marcin Świetlicki.

Wiesław Kaczmarek: Na waszych koncertach sporo się dzieje. Zapytam zatem: co zaśpiewasz dzisiaj w Ostrzeszowie?

Marcin Świetlicki: Latem i zimą przedstawiam repertuar, który właściwie składa się z moich piosenek z minionych dwudziestu lat. Ale już znudziło mi się granie starych utworów. Gramy trochę z pierwszej płyty, ale już nie tak wiele jak robiliśmy jeszcze niedawno. Wiesz, tak mieszamy, mieszamy. Gramy już od roku 1992, czyli tych piosenek się nazbierało. Dzisiaj na koncercie występujemy bez pianisty, ale ta sytuacja nic nie zmieni. Same utwory na tym nie ucierpią. Będzie surowsze brzmienie, nie będzie klawiszków, ale za to dodałem altówkę i to na pewno wzbogaci koncert.


WK: Czy Świetliki to dopełnienie twórczości poetyckiej, czy próba odreagowania?

MŚ: Chyba raczej dopełnienie. Ale jednocześnie twórczość poetycka jest dopełnieniem muzyki, bo to nawzajem się wszystko dopełnia. Zadebiutowałem mniej więcej w tym samym momencie, kiedy założyłem zespół, więc to szło rączka w rączkę, jednocześnie muzyka i książki więc… właściwie nie wiem, co jest dopełnieniem czego.

WK: Czy interpretacja sceniczna własnego tekstu uwzględnia jakiś określony typ odbiorców, czy jest tylko nieskrępowaną ekspresją?

MŚ: Tutaj problem polega na tym, że jak sobie uświadamiam, kim jest publiczność, zastanawiam się… powiem tak: Próbę mamy w zakładzie dla ociemniałych i kiedyś poproszono nas żebyśmy z okazji, powiedzmy 50-lecia tego zakładu, razem z tymi zespołami, które mają tam próby, dali okolicznościowy koncert, zagrali na takiej majówce. I właśnie, trudno było sobie nie uświadomić, że gra się dla ludzi, którzy nie widzą. Można było wtedy pomyśleć o innej ilustracyjności dźwięków, ale z drugiej strony byłoby to oszustwem zmieniać muzykę ze względu na słuchacza. Oczywiście niektóre sytuacje to wymuszają. Gdybyśmy grali dla dzieci, to powstrzymywalibyśmy się od rzeczy brutalnych i nieprzyzwoitych treści. Gdybyśmy grali dla staruszków… (śmiech) Najczęściej występuję w ciemnych okularach, nie tylko dlatego, że mam światłowstręt, ale żeby nie widzieć publiczności. Bo jak skupiłbym się na kimś z widowni i zaczął myśleć nad tym, jak to on odbiera, to dopiero zaczęłyby się problemy. Staram się, mówiąc coś do mikrofonu, nie widzieć publiczności. Najczęściej pod tymi ciemnymi okularami mam zamknięte oczy, bo właściwie tak naprawdę gadam do siebie. Jak człowiek zaczyna za bardzo zauważać publiczność i za bardzo liczyć się z publicznością, to wtedy się trochę ogranicza!


WK: Do jakiego stopnia przygotowanie płyty przypomina pracę nad złożeniem tomiku poetyckiego?

MŚ: To jest bardzo podobne. Głównie to ja się zajmuję kolejnością piosenek na płycie, bo każda płyta powinna opowiadać jakąś historię, powinna kończyć się jakąś puentą. Piosenka otwierająca i kończąca płytę to bardzo istotne decyzje. Wiadomo, że piosenka, która jest powiedzmy przebojowa, powinna znajdować się na początku. Taka jest zasada. A układanie książki w sumie też na czymś takim polega. Zarówno płyta, jak i książka ma opowiedzieć jakąś historię, to podobna praca i podobny mechanizm. Mimo wszystko jednak chyba trudniej jest pisać teksty do piosenek – jak nie zawierają jasnego przekazu, to się nie liczą. A z wierszami nie jest trudno. Wiersz może być tajemniczy, może być niejasny. Czytelnik, czytając tomik, ma więcej czasu na zastanowienie się, rozebranie słów. Natomiast piosenką trzeba błysnąć, przekazać szybko następną. Dlatego są trudniejsze.


WK: Sukces mariażu Świetlików z Bogusławem Lindą często nasuwa pytanie o to, jacy jeszcze aktorzy wpisaliby się w charakter Waszej twórczości? (może Krzysztof Majchrzak, Andrzej Chyra?).

MŚ: Zdarzyło nam się też występować z Arkadiuszem Jakubikiem, było to we Wrocławiu. Był świetny, znakomity. W Krakowie z panem Krzysztofem Globiszem. To była ta sama piosenka, którą Linda wykonywał, i interpretacja Globisza była zatrważająco inna od interpretacji Lindy, bardzo ciekawa… On strasznie wrzeszczał, robił to bardzo ekspresyjnie. Pan Bogusław Linda był wyciszony, elegancki, a Globisz – straszna energia. To było dla mnie duże przeżycie. Jakubik też wulkan. Choć wykonał na scenie inną piosenkę. A przed laty z panią Grażyną Trelą wykonywaliśmy jeden utwór i to też było bardzo ciekawe doświadczenie. Aktorzy są zwierzętami scenicznymi, potrafią zagrać nawet rolę wokalisty i to jest ciekawe obserwować ich w takich wcieleniach. Linda się pojawił dlatego, że uważaliśmy, iż on tylko może to dobrze zrobić. Wielu polskich aktorów byłoby w stanie być naszymi wokalistami, zwłaszcza że dużo śpiewania u nas nie ma, więcej wrzeszczymy. Wracając do podanych przez pana nazwisk: Majchrzak, Chyra byliby naprawdę nieźli. Przypomnę też, że w jednym z naszych występów śpiewała z nami pani Edyta Jungowska. Ja nigdy tego wykonania nie słyszałem, ale ci, co słyszeli, zapewniają, że była bardzo ciekawa. Nasze utwory – tak uważam – nadają się na tzw. piosenkę aktorską, dziwi mnie nawet, że nikt nie zrobił takiego recitalu. W jednym z warszawskich teatrów zrobiono cały spektakl, ale się na tyle wstydziłem, że nie pojechałem na jego premierę. Podobno to było niezłe, ale mój wstyd nie pozwolił mi tam być. Takiej dwugodzinnej dawki słuchania swoich tekstów bym nie wytrzymał. Słyszałem kiedyś fragment w radiu, ale byłem tym przerażony, bo to za dużo Świetlickiego na raz.


WK: Czy obecność Świetlików na rodzimej scenie miała być w zamierzeniu buntem przeciw skostniałej konwencji tzw. poezji śpiewanej?

MŚ: Nie myśleliśmy wtedy, że to jakiś bunt, raczej była to taka oddzielna ścieżka, no bo nigdy nie byłem fanem poezji śpiewanej. Zawsze mnie to drażniło, było takie słodkie. W Polsce w ogóle słabo było z tą tradycją. W Ameryce poeci się garnęli do muzyków, było ich mnóstwo. Natomiast w Polsce jak ktoś już śpiewał poetyckie teksty to była to gotowa poezja, jak Niemen śpiewający Norwida czy podobne. A poeci śpiewający byli rzadkością. No, Stachura śpiewał, ale on trochę słabym był wokalistą. W każdym razie nie było wielkiej tradycji. Zaczynaliśmy od początku, od nowa. O, jeszcze Ciechowski jako młody człowiek pisał wiersze i jakoś wystartował jako lider Republiki i jako poeta. Jego teksty były ciekawe i nietypowe. Ale to było coś innego niż to, co my robimy. Ja nie jestem super wokalistą, więc moje śpiewanie musiało być inne. W ogóle na całym świecie jest tak, że dobrych tekstów jest mało, nie wiem czy to wina poetów, czy wokalistów. Dlatego najczęściej, jeżeli ktoś pisze dobre teksty, to sam je wykonuje. Wiesz, najczęściej piosenki są tak naprawdę o niczym. Poza tym moi koledzy poeci uważają mnie za coś gorszego, że piszę teksty dla młodzieży – główny mój target to właśnie młodzież. Ale to normalne, podoba im się, a za chwilę od tego odchodzą. Coś tam w tekstach znajdują. Ja dość jasno i wyraziście piszę. Walę im bezpośrednio, nie opłotkami. Pokazuję zło i chamstwo od dołu do góry, u władzy oraz u ludzi.


WK: Dla grupy, w której warstwa tekstowa utworów jest tak ważnym komponentem, sytuacja koncertu nie jest chyba zbyt komfortowa? Jaki macie patent na uchwycenie intelektualnego kontaktu z publicznością?
MŚ: Tak, czasem ten kontakt następuje. Może i będzie na takim koncercie jak dzisiejszy, w małych salach. Na wielkich scenach trudno o to. Właśnie w takich miejscach jak wasza Baszta pojawiają się sprzyjające warunki. Potrzeba do tego dwóch czynników, publiczności i nas. Nie ma żadnego patentu; kontakt jest albo nie – to magia chwili. Może trochę psychologia tłumu, ale nie zawsze się chce stosować tę psychologię. Czasami chce się skończyć koncert i pojechać do domu, są różne dni po prostu i czasosytuacje.

WK: Marcin Świetlicki – poeta, pisarz, razem z zespołem Świetliki jest Super! Jednak w roku 2014, chodziło o książkę JEDEN, odmówił Pan odebrania nagrody “Gazety Wyborczej”. Jaki był powód? 


MŚ: No, był powód. Chwilę wcześniej podpisałem list protestacyjny przeciwko Agorze, bo jako instytucja wytoczyła proces poecie Jarosławowi Markowi Rymkiewiczowi za to, że coś tam powiedział źle o Agorze. Zwrócono się do mnie o podpisanie tego listu protestacyjnego. Ja byłem wtedy pracownikiem Agory. Po podpisaniu, co wtedy wydawało mi się słuszne, od razu zostałem zwolniony z tej pracy, to była ich zemsta. A później chcieli mi dawać jakieś nagrody. Więc i ja uniosłem się honorem – zwolnili a teraz nagroda. Czułbym się sam w stosunku do siebie niefajnie, jakbym w tym uczestniczył. Zresztą ja nie przepadam też za nagrodą Nike – każdą inną bym przyjął, ale nie tę, bo widzę, że to jest raczej nagroda polityczna niż literacka. Dają po prostu swoim. Teraz jestem nominowany do nagrody Szymborskiej i chętnie ją przyjmę, nie będę protestował.

WK: Słyszałem o utworze „Złe misie”, że piosenka trafiła w sedno, czy Pan się zgadza z tym stwierdzeniem?


MŚ: Ten tekst wymyśliłem dużo wcześniej, takie sformułowanie – złe misie – i tak chodziłem z tym tekstem i nic. Myślę, że to była bardziej zabawa słowami. To, co ktoś odczytuje z tego tekstu, to jego sprawa.

WK: „Sromota” – rok 2013, określana płytą roku, utwór „Gotham”, prosiłbym coś więcej o tej płycie i utworze.

MŚ: Dla mnie to jest płyta najbardziej przemyślana. Długo wybierałem, nanosiłem na nią piosenki… bo była nagrana około 8 lat po poprzedniej. Boję się, że nie dam rady jej przebić nową płytą, ona naprawdę jest wartościowa i trudno mi będzie napisać lepsze teksty. O to się boję! Uważam, że na razie nie jestem gotowy na nową płytę. Mam taki trochę okres stagnacji. Dodam, że mam też takie dziwactwo, jak już nagram płytę, to do niej nie wracam. Nie interesuje mnie jej los i nie słucham jej. Podobnie jest z książkami, ale czasami muszę wrócić, żeby coś sprawdzić, tylko dlatego. Książka wydana i płyta wydana jest odstawiana na półkę.

WK: Na koniec proszę coś o piosence „Filandia”. 


MŚ: Piosenka miała najpierw gotową muzykę, chłopcy ją grali wielokrotnie na próbach. Widząc, że było to chwytliwe pomyślałem, że piosenka, która zawiera w refrenie lato, na pewno się zapisze w pamięci ludzi. Bo jak się lato pojawia, to natychmiast się robi przebój, no i w sumie to nasz największy hit. Jest to dziwne, bo ten tekst to właściwie rzadkość. Leżałem na podłodze podczas próby i w jakimś notesiku notowałem słowa, dopisywałem jakieś zdania. Ten utwór jest na każdym koncercie inaczej wykonywany.


rozmawiał : Wiesław Kaczmarek 
zdjęcia: Wiesław Kaczmarek / Ostrzeszów .

poniedziałek, 23 maja 2016

23 maja w toruńskim Hard Rock Pubie Pamela wystąpią Oil Stains oraz Mike Greene Trio

fot. Agata Jankowska
W poniedziałek 23 maja 2016 w Hard Rock Pubie Pamela wystąpią: Oil Stains oraz Mike Greene Trio. Oba projekty czerpią inspiracje z korzennej amerykańskiej muzyki nadając jej swoje mocne, indywidualne piętno. Koncert będzie kolejnym wydarzeniem zorganizowanym przez klub z okazji 18. urodzin. Wstęp na wydarzenie jest wolny. Start - godzina 19.

fot. Agata Jankowska
Mike Greene Trio to amerykańsko–polskie trio, które pomimo mistrzowskiego opanowania swoich instrumentów, stawia uczucia ponad technikę oraz odrzuca utarte schematy i konwencje. Twórczość zespołu zawiera w sobie wszelkie odcienie i oblicza amerykańskiej tradycji muzycznej: bluesa, gospel, jazzu i folku. Naturalna charyzma muzyków i silnie emocjonalny stosunek do wykonywanych utworów sprawiają, że każdy koncert ma w sobie niezapomniany element magii. Mike Green urodził sie w nowojorskiej dzielnicy Brooklyn, gdzie od wczesnego dzieciństwa zgłębiał tajniki gitary oraz tradycyjnej amerykańskiej muzyki, takiej jak blues, gospej, jazz, czy country. W latach 70-tych przeniósł się do Francji, na znak sprzeciwu wobec wojny w Wietnamie. Mike to charyzmatyczny wokalista, songwiter oraz multiinstrumentalista, który gra na gitarze, banjo, mandolinie i akordeonie. Jego pierwszym zespołem we Francji był "Dirty Grits", lecz bardziej znaną polskiej publiczności była formacja "Bulldog Gravy", z którą grał w latach 2004-2007. W 2005r. grupa „ Bulldog Gravy” koncertowała w Polsce, m.in. na festiwalu "Jesień z Bluesem". W czasie poniedziałkowego koncertu w Hard Rock Pubie Pamela na scenie towarzyszyć mu będą : Łukasz Wiśniewski oraz Tomasz Dziano. Łukasz to harmonijkarz od wielu lat uznawany za jednego z najlepszych w kraju, jak również znakomity wokalista. Frontman zespołów Kraków Street Band, Hard Times oraz członek harmonijkowej super-grupy Harpcore. W ankiecie kwartalnika Twój Blues Łukasz Wiśniewski został uznany za najlepszego harmonijkarza roku 2011. Tomasz Dziano to urodzony w Łodzi gitarzysta, wokalista, kompozytor i autor tekstów. Na stałe mieszka we Francji, gdzie wraz z Mikiem Greeneem wchodzi w skład bluesowego zespołu „Immigrants”, który występował na wielu międzynarodowych festiwalach (Belgia, Niemcy, Francja, Włochy, itp.).
fot. Agata Jankowska








fot. Agata Jankowska
Duet Oil Stains tworzą: gitarzysta Maciej Sztyma oraz Sebastian Strycharczuk, perkusista i wokalista w jednej osobie. Zespół Oil Stains to projekt koszalińsko-gdyński, działający od początku 2013 roku. Muzycy określają swoją muzykę jako root rock. Dynamiczne i potężne brzmienie grupy jest osadzone w stylistyce korzennego rocka i bluesa. Teksty o tematyce motoryzacyjnej, wolnościowej i miłosnej, przywodzą na myśl pierwszych rock’n’rollowych buntowników. Zarówno fani rockowych brzmień takich jak Led Zeppelin, Mountain czy Black Sabbath, jak i miłośnicy muzyki spod znaku wczesnych The Black Keys znajdą w twurczości tych dwóch panów wspólny mianownik. W maju 2015 roku duet Oil Stains wydał płytę „Here comes my train”, zawierającą 11 autorskich kompozycji. Niedawno brali udział w eliminacjach do Przystanku Woodstock, co prawda nie przeszli do ścisłego finału i nie będą walczyć o miejsce na Dużej Scenie Przystanku Woodstock, ale… duet Oil Stains otrzymał Dziką Kartę Lecha, a to oznacza, że zagra na tym festiwalu, tyle że na scenie Lecha.

środa, 18 maja 2016

„Żyjemy w Italii normalnym rytmem dnia codziennego, zaś internet dostarcza wszystko…” - rozmowa Tomasza Wybranowskiego z Markiem Jackowskim, ikoną polskiej muzyki rockowej, liderem kultowego Maanamu

Wywiad ukazał się w 2011 roku w tygodniku Przegląd

Marek Jackowski - legenda polskiego rocka, jednym z najbardziej charyzmatycznych i intrygujących postaci polskiej muzyki. Muzyk, kompozytor, twórca muzyki filmowej i eksperymentalnej, ale także dziennikarz i tłumacz, filolog angielski, znawca literatury. Od 1965 roku Marek Jackowski wciąż trwa na muzycznym helikonie. Najpierw podczas studiów w latach grał w łódzkiej grupie Impulsy. Potem wyprowadził się do Krakowa, gdzie nawiązał współpracę z Piwnicą pod Baranami. Na cztery lata zagościł w kultowej Anawie, z którą nagrał płyty: Marek Grechuta & Anawa (1970) i Korowód (1971). Później grał z zespołem Osjan (1971-75). W grudniu 1975 roku w Krakowie wraz z Milo Kurtisem założył zespół Maanam, którego został liderem. Po wielu zmianach personalnych skład tej grupy ustalił się w roku 1979, a zespół udanie zadebiutował jako grupa rockowa. Jackowski stał się głównym kompozytorem materiału płytowego (m.in. albumy „O!”, „Nocny Patrol”, czy „Róża”). Maanam jako pierwsza grupa z Polski zapełniał sale koncertowe w Danii, Holandii, Niemczech i Fracji (pamiętny koncert w Olimpii). Marek Jackowski prowadził również autorski projekt „Złotousty i Anioły”. Nagrał dwa solowe albumy No1 (1994) oraz Fale Dunaju (1995) oraz jedną składankę z serii „Złota Kolekcja Polskiego Radia” (2002). Do klasyki polskiej muzyki weszła piosenka w jego wykonaniu (z zespołem Maanam) „Oprócz błękitnego nieba” (1979), którą nagrał później, jako cover, zespół Golden Life. Obecnie wenę i artystyczne siły poświęca dla projektu „The Goodboys”. W planach nagranie drugiej płyty formacji.



- Od kilku lat mieszka pan we Włoszech. Nie brakuje panu polskiej muzyki, najnowszych hitów, polskich stacji radiowych, gazet i telewizyjnych programów?

- Żyjemy w Italii normalnym rytmem dnia codziennego, zaś internet dostarcza wszystko… I to dosłownie przed nos na ekran komputera. Mamy też polskie dekodery satelitarne, więc nie ma żadnego problemu ze śledzeniem tego, co się dzieje w Polsce i na świecie. Jeśli chodzi o muzykę, to brakuje mi zawsze i przede wszystkim nie tyle polskiej muzyki, ile po prostu dobrej muzyki.

- Czy jest jakiś polski twórca, lub zespół, który zrobił na panu wielkie wrażenie w ciągu ostatnich miesięcy?

- Nie zauważyłem, żeby ktoś wspaniały i wielki pojawił się w ostatnich miesiącach. Musiałby to być drugi ktoś na miarę Czesława Niemena. Natomiast z wielką ciekawością śledzę poczynania młodych ludzi, którzy są aktywni na Facebooku. To ci zapaleńcy często przysyłają mi swoje nagrania z prośbą o komentarz. Tutaj, na Facebooku dzieje się dużo ciekawego. Niektórzy świetni wykonawcy pojawiają się także w różnych telewizyjnych konkursach, ale – z reguły i niestety – przepadają bez echa.

- Moda muzyczna staje się modą globalną? Unifikacja, bezbarwność, krzykliwość i medialne skandale to sposób na to by „być gwiazdą” dzisiaj? Co pan o tym sądzi? Czy muzycy z duszą, przesłaniem i umiejętnościami to już przeszłość?

- Jeżeli rządzi tak zwana „globalno – wioskowa” dyskoteka i „gwiazdy” tabloidu, a społeczeństwo się na to godzi, to trudno widzieć lepszą przyszłość. Stanisław Lem powiedział krótko i dobitnie: „lepiej już było”. Muzycy z duszą, przesłaniem i umiejętnościami to dzisiaj „podziemie” muzyczne, typowy „underground”.



- W wielu wywiadach podkreśla pan wyższość polskiej sceny muzycznej z lat 80. i 90. nad współczesnym rynkiem. Co w takim razie zmieniło się w duszach twórców? A może do głosu dochodzi pokolenie, które nie pamięta starych czasów, ma inną wrażliwość i całkowicie odmienne cele? 


- Nie o to chodzi by na siłę pamiętać stare czasy. W duszach dzisiejszych twórców gra, brzmi przede wszystkim nuta komercyjna. Młode pokolenie, o które pytasz, burzliwe i ciekawe muzycznie, napotyka na „beton” dużych firm fonograficznych i głuchych, nieczułych decydentów sparaliżowanych strachem przed czymś nowym. Nigdy w historii polskiej muzyki rozrywkowej sytuacja nie była tak beznadziejna jak teraz. Dla młodych, niezależnych twórców jedynym wyjściem jest chyba zaistnienie tylko w internecie. Ale tutaj, w cyberprzestrzeni przy tak nieprawdopodobnej ilości informacji, nie ma nawet cienia tej siły przebicie jaka była w latach 80. w radiowej Trójce czy pamiętnych nocnych programach Radia Lublin w Jedynce. Muszą powstawać nowe, niezależne wydawnictwa by to zmienić.

- A może to wina mediów? Moje pokolenie urodzone w latach 70. miało Piotra Kaczkowskiego, Wojciecha Manna, Pawła Sito - radiowych nauczycieli muzyki. Moich przyjaciół z Irlandii, którzy często odwiedzają Polskę, dziwi to, że polskie rozgłośnie tak naprawdę niczym nie wyróżniają się w warstwie prezentowanej muzyki od stacji anglosaskich czy amerykańskich.

- Prawdziwe osobowości muzyczne, znakomite przykłady wymieniłeś, miałyby dzisiaj w radiostacjach komercyjnych tylko problemy. Radiostacje nie zarabiają na muzyce, bo za to muszą płacić. One zarabiają przede wszystkim na reklamach. Reklamy zaś najlepiej się czują w muzycznej papce. Jeśli znasz jakieś dobre radiostacje i ciekawych prezenterów, tak jak dla przykładu w Radio Near FM w Dublinie, daj mi znać proszę (śmiech). Z drugiej strony niektóre bystrzejsze radia i myślący perspektywicznie ich szefowie przepraszają się ze starymi i dobrymi prezenterami, bo nagle po ich wyrzuceniu słuchalność zaczęła dramatycznie spadać. A to oznacza, że jednak nie do końca prawdziwa jest teza, że „słuchaczom przestało zależeć”.


- Wspomniał pan kiedyś, że Polska staje się jednym wielkim tabloidem...

- O „globalnej wiosce” socjologowie mówili już dawno, kulturalny „gin Victoria” był przepowiadany od dziesięcioleci. Cały świat staje się tabloidowy włącznie z transmisjami z wojen w HD.

- Panie Marku, czy poczciwy rock i dobra piosenka autorska z tekstem przetrwa tę tabloid-ową modę w muzyce?

- Rock ostatnich 50 lat to złota skarbnica. To, że ten gatunek przetrwa, dla mnie nie ulega najmniejszej wątpliwości. Wiem bowiem, jaka jest prawdziwa wrażliwość milionów słuchaczy, w tym zupełnie nowego pokolenia. Ci ostatni są w szoku ze 4o lat temu ktoś grał tak jak The Animals z E. Burdonem, The Beatles, Jimi Hendrix czy Led Zeppelin. Nowy rock by przetrwać, musi być tak samo prawdziwy, znakomity, zbuntowany wobec wszechobecnej komercji. W radio, TV i mediach muszą znowu pojawić się charyzmatyczni prezenterzy z prawdziwego zdarzenia. Stagnacja nie może trwać wiecznie.


- Filozof i mistyk Swedeborg mawiał „jak na górze, tak na dole”... Wierzy pan w to, że Polacy słuchaliby swoich elit, gdyby ktoś dał im szansę słuchania ich? Nie myślę tu o politykach, ale o literatach, luminarzach kultury, muzykach, filozofach i myślicielach. Wierzy Pan w to?

- Oczywiście, że wierzę, tylko, że Polacy zwracają się do swoich najlepszych autorytetów w momentach drastycznie kryzysowych. Jak trwoga to do Boga.

- A jak to wygląda we Włoszech? Od rana do nocy w telewizji i radiach muzyka anglosaska, filmy i talk - show z Ameryki?

- (śmiech) Czy można sobie wyobrazić, żeby na przykład neapolitańczycy mogli żyć bez swoich seriali neapolitańskich?! Albo bez swoich ulubionych programów rozrywkowych, w których widzą i słyszą swoich entuzjastycznie uwielbianych artystów, prawdziwe gwiazdy jak Sofia Loren, czy Monica Belluci czy Zucchero i Adriano Celentano? Te audycje mogą ciągnąć się godzinami, tak jak kiedyś przedstawienia w Teatrze Kolejarza w Krakowie. Czy neapolitańczycy mogliby żyć także bez swojej piłki nożnej?! Kiedy Neapol gra z Interem?!

- Pozazdrościć... Nawet nasi sąsiedzi Czesi mają szacunek i darzą wielkim kultem swoich pieśniarzy jak chociażby mistrza Jaromira Nohavicę. Może nowy parlament coś zmieni w tej materii? Co pan podpowiedziałby nowemu prezesowi Rady Ministrów po 23 października, gdyby zapytał pana o zdanie w tej kwestii? 


- Odrzekłbym krótko: „Odwagi, panie prezesie, odwagi! Kultura może i „gryzie” kiedy trzeba, ale proszę pamiętać, że bez niej społeczeństwo jest martwe.” Oto przesłanie dla nowego premiera.

- Panie Marku nazwiska trzech polskich wykonawców lub zespołów, których śmiało pan poleca do słuchania Czytelnikom, bo „warto”, bo „trzeba”, bo „mają to coś”?

Alien Autopsy
- Takich wykonawców musiałoby być znacznie więcej niż tylko trzech (uśmiech). Ale z czystym sumieniem mogę polecić zawsze i wszędzie Roberta Gawlińskiego, bo jest realny. W tym gronie jest także zespół Deuter, a z nowych, młodszych i szukających drogi do szerokiej fali odbiorców zespołów polecam Alien Autopsy.


- Czy jest szansa, że jeszcze usłyszymy kiedykolwiek, choć na jednym, jedynym koncercie Maanam w swoim platynowym składzie z połowy lat 80.?

- Drzwi nie zostały zatrzaśnięte i mosty zupełnie spalone. Na szczęście (dodaje po chwili). Kto wie, może nostalgia zwycięży. Może warto byłoby jeszcze raz zagrać w złotym składzie takie utwory jak „Buenos Aires”, „Kocham cię kochanie moje” czy „Espańa for ever”? Fani wywierają coraz mocniejszy nacisk, żeby stan „zawieszenia” Maanamu „odwiesić”. Kora ma teraz nowego managera. Być może, być może... (tajemniczy uśmiech). 

- The Goodboys to pana nowy - nie nowy projekt z Januszem Yaniną Iwańskim i Andrzejem Ryszką w składzie. Pierwszy album, choć spodobał się fanom przez media został praktycznie niezauważony. Czy nowy album jest już w drodze?

- Radia komercyjne rzeczywiście nie były zainteresowane pierwszym krążkiem. Na szczęście jednak były tez radiostacje na antenach, których piosenki The Goodboys „Motyli Noc” czy „Kochaj mnie i daj mi siebie” znalazły się na pierwszych miejscach list przebojów. The Goodboys to jest grupa niezwykła i może, dlatego część mediów odnosi się do nas jeszcze nieufnie. Przyszłość pokaże, jaki będzie los zespołu. Jest to grupa nieobliczalna, czego dowodem są pierwsze niezwykle i bardzo energetyczne koncerty.


- Nadzieja niech stanie się nowym wschodem... Dziękuję za rozmowę.


Tomasz Wybranowski
foto – archiwum Marka Jackowskiego


Tomasz Wybranowski. Roztoczanin z serca Zamojszczyzny, rocznik 1972. Absolwent polonistyki na UMCS (specjalność edytorsko – medialna). Studiował także jako wolny słuchacz filozofię i politologię. Doktorant wydziału Nauk Politycznych UMCS. Pracował w radiu Centrum, Puls, Top, oraz kieleckim TAK, był korespondentem radiowej „Trójki”. Publikował (i publikuje) w pismach „Próba” , „Dziennik Wschodni”, „Kurier Lubelski” , „Praca i Życie Za Granicą”, „Nowej Okolicy Poetów”, „Zamojskim Kwartalniku Kulturalnym”, magazynie „Kontury”, miesięczniku „Dziś”. Korespondent tygodnika „Przegląd” w latach (2006 – 2012), redaktor dwumiesięcznika „Imperium Kobiet i kwartalników Kontury oraz Zamojski Kwartalnik Kulturalny. Publikuje w tygodniku „Uważam Rze”. Od 2005 roku w Irlandii. Na przełomie 2005/2006 był redaktorem naczelnym tygodnika „Strefa Eire”. W latach 2006 – 2008 wydawca i redaktor naczelny miesięcznika „Wyspa”. Wydał trzy przewodniki po Irlandii „Irlandzki Niezbędnik. Irish ABC”. W latatch 2008 - 2012 nieprzerwanie redaktor naczelny tygodnika (później miesięcznika) „Kurier Polski”. W latach 2008 – 2009 był także irlandzkim korespondentem Polskiego Radia i Informacyjnej Agencji Radiowej. Współpracował także z Radiem Vox. Obecnie nieprzerwanie wydawca i prezenter programu „Polska Tygodniówka” (ponad 270 wydań)  nadawanego w każdą środę w dublińskiej rozgłośni NEAR 90, 3 FM. W każdy piątek (10.00 – 11.00) w Radiu WNET (Polska) pojawia się jego autorski program „Irlandzka Polska Tygodniówka”. Cykl programów o historii muzyki światowej „Muzyczne Terapie” gości także w austriackim Radiu FRO. Autor czterech tomików wierszy („Oczy, które...” 1990,  „Czekanie na świt” 1992,  „Biały” 1995 i najnowszy „Nocne Czuwanie”). Jego wiersze drukowano w ponad dwudziestu antologiach poetyckich (ostatnio „Harmonia Dusz” Warszawa 2011). Na początku roku 2013 ukaże się specjalna wersja zbioru „Nocne Czuwanie” wraz z audiobookiem (wydawnictwo Kontury). Rok 2011 przyniósł nominację do nagrody „Polak roku w Irlandii”. Tomasz Wybranowski wyróżniony został przez środowiska polonijne w Irlandii nagrodą „dziennikarz roku 2010”. Doktorant wydziału Nauk Politycznych UMCS. Przygotowuje dwie publikacje na temat polskiej muzyki rockowej w czasie zrywu wolnościowego 1977 – 1990. Do tej pory ukazało się jego pięć artykułów naukowych poświęconych mediom, głównie imigracyjnym. Od czerwca 2015 tomek prowadzi Listę Przebojów Polisz Czart, która dzięki niemu rozpoczęła swoje drugie życie  Aby poczuć klimat audycji Tomka, zapraszam do wysłuchania znakomitego programu poświęconemu Grzegorzowi Ciechowskiemu. Można posłuchać go tutaj