piątek, 19 grudnia 2014

Dzień Kobiet z Buchem po raz drugi! W tym roku wystąpią Monika Lidke, Renata Przemyk i Edyta Bartosiewicz

Przypadający rokrocznie na dzień 8. marca tradycyjny Dzień Kobiet, to wbrew opinii ostatnich kilku dziesięcioleci, święto stare jak europejska cywilizacja i nie jest prawdą, jakoby jego zaistnienie musiało być kojarzone jedynie z walką o charakterze społecznym. Zanim bowiem kobiety przed ponad stu laty słusznie upomniały się o swoje prawa, w starożytnym Rzymie w pierwszych dniach marca, który – dla przypomnienia – był w tamtych czasach pierwszym miesiącem kalendarzowego roku, mężowie mieli zwyczaj hojnego obdarowywania swoich żon licznymi prezentami, a także spełniania ich najbardziej wyszukanych zachcianek. Świętowanie to nosiło nazwę Matronalia i – jak dowodzą badacze starożytności – nie tylko nie było przez ówczesne kobiety na swoich facetach w najmniejszym stopniu wymuszone, a wręcz przeciwnie, stanowiło z pietyzmem przygotowywane radosne okazanie należnego im szacunku.

Kolejne obchody Dnia Kobiet w Londynie – podobnie jak ich pierwsza edycja – także nie zostały na ich organizatorze przez piękniejszą część polskiej emigracji w najmniejszym stopniu wymuszone, a prezent, jaki Panie ponownie otrzymają od firmy BUCH IP z okazji ich Święta i tym razem zaskakuje swoim rozmachem i pomysłowością. W sobotę 7 marca w londyńskim The Forum na 9-17 Highgate Road NW5 1JY odbędzie się koncert, którego rozmiary zapewne znów zelektryzują nie tylko Polaków mieszkających na Wyspach, ale i tych, którzy aby to ekscytujące widowisko przeżyć, będą zmuszeni do brytyjskiej stolicy dojechać lub dolecieć z bardzo odległych niekiedy miejscowości. W pierwszej edycji londyńskich obchodów Dnia Kobiet obok mieszkańców Anglii uczestniczyła też liczna grupa Polaków z Glasgow, Aberdeen, Edynburga, Hamburga, Rotterdamu, a nawet z Oslo. Entuzjazm ubiegłorocznej publiczności pozwala mieć nadzieję, że i tym razem pojawi się ona licznie na tym szczególnym koncercie, na który BUCH IP już po raz drugi serdecznie wszystkich zaprasza.

Tomek "Dziki" Likus - BUCH IP (fot. Monika S. Jakubowska)
Podobnie jak w mijającym roku i tym razem emocji dostarczą nam aż trzy damy polskiej sceny: czołowa londyńska wokalistka Monika Lidke, której kompozycje stylistycznie osadzone są pomiędzy jazzem, a muzyką songwriterską oraz będące od lat na szczytach popularności Renata Przemyk i Edyta Bartosiewicz!

Sądzę, że zaproszenie bliskiej sercu niewiasty na to ekscytujące muzyczne show, może być nie tylko najpiękniejszy prezentem z okazji jej święta, ale – kto wie – początkiem bliższej relacji, a być może nawet znakomitą oprawą do głęboko dotychczas skrywanych wyznań. Przeżyjmy wspólnie to wielkie widowisko po raz kolejny!

21-go grudnia w Warszawie odbędzie się Art Jarmark Charytatywny na rzecz Ani Tosiek

 http://bitly.com/1AuF30w.

W niedzielę 21-go grudnia odbędzie się Art Jarmark Charytatywny organizowany przez przyjaciół, artystów, absolwentów i studentów ASP oraz Fundację Sprawni w Forcie Sokolnickiego (ul. Stefana Czarnieckiego 51, Warszawa).  Po Art Jarmarku odbędzie się koncert The Saturday Tea, Wovoki oraz LXMP. Całkowity dochód zostanie przekazany Fundacji Sprawni, która zbiera fundusze na rzecz Ani Tosiek. 16 marca 2014 roku Ania uległa nieszczęśliwemu wypadkowi, w wyniku którego straciła rękę. Poważne porażenie prądem spowodowało liczne obrażenia, w skutek których konieczna była amputacja całej kończyny górnej. Mimo przeciwności losu Ania nie porzuciła marzeń - kontynuuje naukę na Wydziale Rzeźby.

poniedziałek, 15 grudnia 2014

Fletch’s Brew - 39 & 47 (UK 2014) - Fuzja jest poza wszelką definicją (JazzPRESS grudzień 2014)


fot. Monika S. Jakubowska
54-letni Mark Fletcher od lat jest jednym z najbardziej wszechstronnych i rozchwytywanych brytyjskich perkusistów. W związku z nieustannymi propozycjami koncertowania, jakie otrzymywał od wczesnej młodości, nie znalazł - jak twierdzi - czasu na uczęszczanie do szkól muzycznych. "Dzięki koncertom zarabiałem wtedy więcej niż wynosiła miesięczna pensja nauczyciela" - szczerze niedawno wyznał. Mark Fletcher od dziesięcioleci z powodzeniem odnajduje się w jazzie, funku, soulu, fusion i muzyce rockowej. Dzięki wieloletniej współpracy, najbardziej kojarzony jest z takimi artystami jak Liane Carroll, Ian Shaw, The Ronnie Scott Legacy Band, BBC Big Band, Ronnie Scott's Big Band, John Etheridge i Soft Machine. Nie sposób pominąć również jego kolaboracji z tej rangi muzykami jak Dizzy Gillespie, Michel Legrand, David Gilmour, Harry "Sweets" Edison, Tim Garland, Flora Purim, Johnny Griffin, Norma Winstone, Georgie Fame, James Moody czy Cedar Walton.

fot. Monika S. Jakubowska



fot. Monika S. Jakubowska
Począwszy od końca lat 80' aż po dzień dzisiejszy Mark Fletcher należy do stałego składu muzyków grających w prestiżowym londyńskim Ronnie Scott’s - klubie jazzowym działającym nieprzerwanie od 1959 roku. Jego znajomość z Ronnie Scottem rozpoczęła się od bardzo niecodziennej sytuacji. Na wizytówce Fletchera, którą przed laty podał Ronniemu widniał napis: Mark Fletcher, poniżej – perkusista, a jeszcze niżej – daj nam zagrać u siebie sukinsynu! (Give us a gig ya bastard!). Ronnie przeczytał, a po krótkiej chwili wybuchł śmiechem. Kilka dni później zadzwonił. I tak rozpoczęła się trwająca do dziś kariera znakomitego perkusisty, a od końca lat 80' oficjalnego „house drummera” w jednym z najbardziej kultowych klubów na świecie.

Poza tym, że Mark Fletcher jest znakomitym instrumentalistą, znany jest również (podobnie jak i Ronnie Scott) z ogromnego poczucia humoru. Anegdotami potrafi sypać jak z rękawa, strzelając przy tym rozpoznawalnymi w środowisku salwami śmiechu. 

fot. Monika S. Jakubowska
Nienawidząc fałszywej skromności, uwielbia opowiadać o swoich licznych zaletach, co dla postronnego słuchacza może uchodzić za przypadłość niezbyt skromną, ale w jego przypadku jakże uczciwą. Aby za pomocą słowa pisanego choć w niewielkim stopniu oddać niezwykłą osobowość Mr. Fletchera, przytoczę dwie z jego licznych wypowiedzi. Pierwsza dotyczy muzyki: "Perkusista musi być najmocniejszym ogniwem w zespole. Zawsze tak było i nie sądzę, by coś zmieniło się w tej kwestii. Każdy inny instrument może kuleć ale nie gary!", druga dotyka jego poglądów osobistych: "Nigdy nie byłem bezrobotny, nigdy nie brałem zasiłków. Jestem zdeklarowanym anarchistą i przeciwnikiem systemu. Prowadzę cygański tryb życia i nigdzie nie zagrzałem miejsca na dłużej". Oba cytaty zaczerpnąłem z opublikowanego w kwietniu 2013 na łamach JazzPRESS-u wywiadu, jakiego Mark Fletcher udzielił mojej redakcyjnej koleżance Monice S. Jakubowskiej.

fot. Monika S. Jakubowska
W lipcu 2012 Mark Fletcher powołał do życia Fletch’s Brew i wraz ze swoimi muzykami każdą autorską kompozycją i licznymi improwizacjami udowadnia niesłabnącą od lat popularność nurtu fusion. Elementem, który szczególnie wyróżnia tę grupę spośród podobnych stylistycznie brytyjskich bandów jest przywiązanie jej muzyków do niczym nie skrępowanej spontaniczności niezależnie od tego, czy wykonują kompozycje autorskie, czy też opracowują nowe aranżacje należących do światowego kanonu standardów

fot. Monika S. Jakubowska
fot. Monika S. Jakubowska
Styl zespołu oscyluje pomiędzy fusion, funkiem, bebopem i rockiem, a album 39 & 47 jest odzwierciedlaniem muzycznych fascynacji wszystkich grających w nim instrumentalistów. Swoje artystyczne credo Mark Fletcher najpełniej ujął słowami: "Nie zgadzam się na zamykanie fuzji w sztywne ramy definicji z prostej przyczyny, że fuzja jest poza wszelką formą definicji! 


Steve Pearce - bas (fot. Monika S. Jakubowska)
Lubię tak wiele rodzajów muzyki, że ze wszystkiego coś uszczknę ale nigdy na siłę. Żaden z moich pomysłów nie powstaje pod wpływem przymusu, a naturalnych procesów pochodzących z nas samych. Każdy z członków zespołu ma swoje mocne strony, których istnienia pozostali są świadomi. Jednak znalezienie odpowiednich ludzi zajęło mi wieki!" Jakich to ludzi całe wieki szukał Mark Fletcher?

Carl Orr - gitara (fot. Monika S. Jakubowska)
Steve Pearce to jeden z najbardziej cenionych sesyjnych basistów na świecie, a wśród artystów, którzy korzystali z jego umiejętności znajdują się takie nazwiska jak: Van Morrison, Stevie Wonder, Herbie Hancock, Wayne Shorter, Madonna, Elton John, Sting, George Michael, Bryan Ferry, Tom Jones, Al Jarreau, Mark Knopfler, Annie Lennox, Diana Ross, Bob Geldof, Chrissie Hynde oraz... Placido Domingo.

Jim Watson - piano (fot. Monika S. Jakubowska)
Gitarzysta Carl Orr współpracował z takimi artystami jak: Jackie Orszacky, Dale Barlow, Marcia Hines, Steve Hunter, James Greening, Billy Cobham, Randy Brecker, Ernie Watts, Gary Husband i George Duke. Obecnie pracuje nad własną muzyką, a w wolnych chwilach uwielbia kształcić studentów.

Freddie Gavita jest trębaczem, kompozytorem, aranżerem i pedagogiem. Regularnie grywa z the John Dankworth Orch., The Ronnie Scott's Big Band i The Ronnie Scott's All-Stars.

Freddie Gavita (fot. Monika S. Jakubowska)
Występował też z Tthe John Dankworth Orch., The Laurence Cottle Big Band, The London Jazz Orch. oraz The Andy Panayi Big Band oraz Tom Cawley Quartet.

Jim Watson to czarodziej klawiatury i mistrz fortepianowych improwizacji. Jest powszechnie szanowanym muzykiem sesyjnym. Współpracował z takimi artystami jak: Charlie Watts, Chris Difford, Katie Melua, Bobby Watson, Clark Tracey, Alan Barnes, Marti Pellow, Peter King, Jean Toussaint i New Heavies.

Adam Garrie - manager
Saksofonista Julian Siegel w 2007 roku otrzymał nagrodę BBC Jazz dla najlepszego instrumentalisty. Jest laureatem The London Festival Fringe Jazz Award. Wraz ze swoim kwartetem towarzyszył wielu wyróżniającym się artystom sceny brytyjskiej jak choćby pianista Liam Noble, basista Oli Hayhurst czy perkusista Gene Calderazzo.

Dwukrotny gość prowadzonej przeze mnie audycji radiowej amerykański pasjonat muzyki klasycznej, jazzu i rocka progresywnego - manager Fletch’s Brew Adam Garrie wyraził opinię, że krążek 39 & 47 jest czymś więcej niż tylko kawałkiem muzyki. W zamyśle jego twórców jest to koncept album, który opowiada niezbyt często opisywaną historię narodzin brytyjskiego jazzu i roli, jaką odegrali w niej dwaj znakomici saksofoniści - nieżyjący już Ronnie Scott oraz 74-letni aktualnie Peter King, dzięki którym udało się stworzyć w Londynie jedną z najbardziej oryginalnych jazzowych scen na świecie. 


Z Mickiem Boxem (Uriah Heep) i Adamem Garrie na Camden
Na kanwie tej niezwykle pasjonującej historii płyta przekazuje również treści bardziej uniwersalne. Jest opowieścią o wewnętrznej walce artysty z pokusą osiągnięcia materialnego zysku za cenę daleko idących kompromisów oraz o konieczności przebudzenia się współczesnych społeczeństw, które latami karmione codzienną dawką muzycznej tandety, coraz bardziej marginalizują twórcze umysły wybitnych jednostek. Historia ta jest opowiedziana głosem samego Petera Kinga, który pomiędzy utworami czyta fragmenty wiersza Adama Garrie zatytułowanego identycznie jak sam krążek.


Na album 39 & 47 składają się kompozycje autorskie Carla Orra ("Midnight Brew") i Freddiego Gavity ("Yearning"), zespołowe improwizacje ("Kenya Dig It!", "Pete's Hip Op", "Vhuckin'em In", "Charolais") oraz trzy od nowa zaaranżowane standardy ("Beauty And The Beast" Wayne Shortera, "Fat Albert Rotunda" Herbie Hanckocka oraz "Take Me Home " TomaWaitsa.

Otwierająca płytę kompozycja Carla Orra "Midnight Brew" to prawdziwa kwintesencja fusion. Niczym apetyczna przystawka zapowiada smaki, jakimi będziemy się delektować podczas pięciu kwadransów tej muzycznej uczty.  

fot. Monika S. Jakubowska
To niezwykle soczysty, jazzrockowy kawałek, a jego tytuł precyzyjnie oddaje klimat oświetlonych neonami, pełnych artystów magicznych uliczek Soho, gdzie mieści się Ronnie Scott's. Pochodząca z krążka Native Dancer Wayne Shortera funk-rockowa kompozycja "Beauty and the Beast" w wykonaniu grupy Marka Fletchera tylko dzięki początkowym taktom jest bez trudu rozpoznawalna. Pojawiająca się w trzeciej minucie solówka Freddiego Cavity i chwilę później Jima Watsona nie pozostawiają już najmniejszych złudzeń, że stanowiący dla Shortera inspirację brazylijski jazz, nasączony przez muzyków Fletch’s Brew solidną szczyptą psychodelii, może odurzyć niejednego słuchacza, uwalniając w nim głęboko skrywane pokłady fantazji.

fot. Monika S. Jakubowska
Trębacz Freddie Gavita wraz z doskonalą sekcją Fletcher/Pearce w działającej na wyobraźnię kompozycji "Yearning" niczym wytrawni impresjoniści za pomocą gamy różnobarwnych dźwięków precyzyjnie malują czasoprzestrzeń, którą pod koniec poprzedzającej to nagranie improwizacji "Kenya Dig It!" słowami wiersza Adama Garrie wspomina jej naoczny świadek 74-letni Peter King, człowiek który w 1959 roku wraz z Ronnie Scottem wszedł po raz pierwszy do przesiąkniętej zapachem herbaty i gwarem taksówkarzy piwnicy pod 39 Gerrard Street - miejsca, które niczym pogmatwane losy niejednego artysty łączyło w sobie na pozór wykluczające się stany i emocje - piękno i brud, zachwyt i niepokój, krzykliwość i tajemniczość. 

fot. Monika S. Jakubowska
fot. Monika S. Jakubowska
Kompletnie zasłuchany i poddany niemal fotograficznej wizji, ostrym piskiem samplera otwierającego improwizację "Pete's Hip Op" poczułem się gwałtownie zaproszony do degustacji kolejnego - tym razem zdecydowanie bardziej pikantnego - dania. Przez nieoczekiwane nagromadzenie elektronicznych efektów nieodparcie kojarzących mi się z generowanymi przez współczesnych DJ-ów bitami, tym razem karta menu z napisem 39 & 47 wzbudziła u mnie - może niepotrzebnie - skojarzenie bezlitośnie upływającego czasu, a liczby 39 i 47 chyba zbyt mocno w rym momencie wziąłem do siebie, zdając sobie nagle sprawę że kilka miesięcy temu zdmuchnąłem znacznie większą ilość urodzinowych świeczek... Zamykająca album niezwykła kompozycja Toma Waitsa "Take Me Home" pochodząca z jego filmowego albumu One from the Heart, w wydaniu Fletch’s Brew podobnie jak znakomity oryginał jest także utworem wokalnym, a wykonująca go od lat współpracująca z Markiem Fletcherem Liane Carroll, poradziła sobie z tym niełatwym zadaniem znakomicie. Zrobić Waitsa na nowo przy użyciu zupełnie innych środków wyrazu, a jednocześnie równie przekonywająco oddać przeszywający stan wyjącej samotności to dla każdego wokalisty spore wyzwanie. Pełna prostoty i goryczy prośba o wybaczenie wyśpiewana przez Liane Carroll przy akompaniamencie trąbki Freddiego Gavity przeszywa do szpiku kości i na długo po wybrzmieniu ostatnich reggae'owych taktów zapada w pamięć.
  
Ronnie Scott
39 Gerrard Street
Wielkie marzenie Ronniego Scotta i Petera Kinga spełniło się w piątek 30-go października 1959. Tego dnia piwnicznych pomieszczeniach 39 Gerrard Street londyńskiej Soho po latach usilnych starań udało im się w końcu otworzyć pierwszy w Londynie upragniony klub jazzowy oparty na wzorcach zaczerpniętych z najbardziej renomowanych klubów USA. Ich marzenie zaczęło nabierać kształtu około dwunastu lat wcześniej, kiedy to obiecujący saksofonista tenorowy przeznaczył wszystkie oszczędności swojego życia na szaloną wyprawę do Nowego Jorku, by osobiście móc się przekonać czym jest prawdziwa scena jazzowa i o co tak naprawdę w tym wszystkim chodzi. 

Peter King
Dla młodego jazzmana z Londynu wyzwanie, jakie postawił sobie w niełatwej rzeczywistości powojennej, było już choćby tylko z logistycznego punktu widzenia przygodą dość ryzykowną. Z powodu ówczesnych restrykcji niezwykle wpływowej organizacji skupiającej brytyjskich muzyków, w latach 40' i 50' ubiegłego stulecia nie było szans na sprowadzenie do Londynu najlepszych amerykańskich muzyków jazzowych, w związku z czym możliwość przeżycia koncertów takich gwiazd jak Dizzy Gillespie czy Charlie Parker stanowiła dla szalonego marzyciela bezcenne doświadczenie. Szczególnie niezapomniany był dla Ronniego Scotta wieczór, kiedy to po raz pierwszy ujrzał Charlie Parker Quintet z bardzo młodym Milesem Davisem. Ronnie nigdy wcześniej nie słyszał jazzu wykonywanego w oryginalnej klubowej atmosferze, która dla przeciętnego Amerykanina była codziennością.  

Haley "Zoot" Sims - pierwszy amerykański muzyk w Ronnie Scot's
Rahsaan Roland Kirk
Scott podczas swojej dwutygodniowej nowojorskiej eskapady odwiedził większość klubów. Po powrocie do Londynu jego umysł pełen niezapomnianych wrażeń i nowo zdobytej wiedzy był już w pełni gotowy do realizacji szalonego przedsięwzięcia. Pod 39 Gerrard Street Ronnie Scott zapukał po raz pierwszy 28-go stycznia 1959 w swoje 32 urodziny. Jego serdeczny przyjaciel i znakomity saksofonista Peter King - ten sam, który zaszczycił swoim głosem album 39 & 47, także zaczął rozglądać się za odpowiednim lokalem. 39 Gerrard Street było wówczas miejscem wypoczynku kierowców taksówek i pełniło rolę herbaciarni, w której spotykali się miejscowi muzycy z Soho. Kredyty i załatwianie pozwoleń dla amerykańskich muzyków, to tylko początek trudnej drogi. Wysiłek dwóch pionierów brytyjskiego jazzu nie poszedł na szczęście na marne. 

John Arnold Griffin III
Pierwszym amerykańskim muzykiem, jaki zagrał w nowo otwartym klubie był znakomity saksofonista John Haley "Zoot" Sims, który grywał m.in. z Benny Goodmanem, Woodym Hermanem, Stanem Kentonem, Artiem Shawem i Buddym Richem. Po nim zaczęli pojawić się wszyscy ci, których Scott i King podziwiali najbardziej: John Arnold Griffin III, Lee Konitz, Rahsaan Roland Kirk, Al Cohn, Stan Getz, Theodore Walter "Sonny" Rollin, Edward "Sonny" Stitt, Benny Golson, Benjamin Francis Webster, William John "Bill" Evans, John Leslie „Wes” Montgomery, Frederick Dewayne Hubbard, Arthur Stewart Farmer i Donaldson Toussaint L'Ouverture Byrd II. W Ronnie Scott’s wystąpiło także wielu muzyków brytyjskich jak choćby Edward Brian "Tubby" Hayes i Richard Edwin "Dick" Morrissey. W połowie lat 60' w roli "house guitarist" w Ronnie Scott’s występował znakomity jamajski wirtuoz Ernest Ranglin. W 1965 roku klub przeniósł się do większego pomieszczenia na 47 Frith Street, gdzie trwa szczęśliwie po dziś dzień. 

To właśnie tam 18-go stycznia tego roku miałem szczęście uczestniczyć w niezwykłym koncercie. Tego wieczoru grupie znakomitych instrumentalistów z Fletch’s Brew towarzyszył na pianie młody Tomasz Bura - jedyny polski muzyk, który regularnie występuje w tym prestiżowym miejscu. Na koniec tego bardzo skróconego rysu historycznego londyńskiej świątyni jazzu nie móg
Tomasz Bura (fot. Monika S. Jakubowska)
łbym nie wspomnieć, że to właśnie
w Ronnie Scott's wspólnie z Erikiem Burdonem i grupą War swój ostatni koncert w życiu zagrał Jimi Hendrix.

Ronnie Scott zmarł 23 grudnia 1996 pozostawiając po sobie pomnik, który jest spełnieniem jego młodzieńczych marzeń i dowodem na to, że tylko szaleni marzyciele zdolni są zmieniać oblicze świata i że dzięki ich odwadze, wyobraźni i determinacji prawdziwa sztuka zdolna jest oprzeć się choremu trendowi mierzenia jej wartości ilością sprzedanych płyt oraz liczbą zer na kontach tych, którzy chcą ją traktować jak pospolity towar z supermarketu. Ilu żyje wokół nas szalonych marzycieli? Ilu utalentowanych artystów mijamy idąc ulicą? Ilu z nich usłyszą tysiące lub choćby setki słuchaczy? Album 39 & 47 jest - jak to określił Adam Garrie - nie tylko uniwersalną opowieścią o wewnętrznej walce artysty z pokusą osiągnięcia materialnego zysku wskutek daleko idących kompromisów. W mojej opinii jest on także zwierciadłem, w które powinniśmy spojrzeć sami i zadać sobie proste pytanie: "bardziej jestem, czy bardziej mam?


Adam Garrie - "39 & 47"

Profound profanity
Cascading on a sea of irrelevance
The crowds don’t glimpse
They look down, as though hopelessly counting or naming the stains.

It started on an ocean-liner
Then graduated to a basement,
Chinese lanterns and tea for cabbies,
Licencing laws and noise abatement.

The two tenors couldn’t possibly afford three
‘Sorry your mates can’t get in for free’,
They had to sell sarnies to avoid the heat
At number 39 things were at times discrete.

I’m not going to name names,
If you have a clue as to what I’m talking about, you already know who they are.
Guns were drawn and pianos were refused
Still it rarely made the news.

Stars from overseas and across the street
Converged where beauty and filth did meet.
Somehow ambition outgrew the tiny doors
And so they moved on from 39.

The side dishes were often billed as the main attraction
Unmarked bags backstage, needles and pins, inedible food.
But that was never anything but dusty mirrors and hazy smoke
Music was all that mattered—it could drive one mad.

Music was the bride, bridegroom, the debt and debt collector
It was the cracked glass ceiling, it was a stone without aim,
She’s still there, music—though her parents are mostly dead
Most went the hard way, volunteers in a war of attrition.

Some try to remember though others try to forget
Others yet simply pretend it didn’t matter, no one would care…
But many do care, although they usually don’t say it,
I suppose music filled the empty silence after all.

Broken dreams are not broken hearts
Broken hearts are for fools, broken dreams are for those who are truly broken
It might look the same
But trust me, it smells different.

Shattered pride cannot be mopped up from dirty of floors
It languishes like a slowly dying beast
It blinds a man to opportunities passing
And soon they are all passed.

Maybe it was a privilege to have been there
To have seen it—to have been a part of it
But memories are always sad.
It’s easier to forget you had a gig than to forget a bad gig.

There’s a story to tell somewhere
But it’s never been written down,
Only said in fits and spurts
Like a wound that isn’t there but still always hurts…

Some get a golden handshake
The people here get a golden sell-by date
No one remembers when you’ve gone off
You just notice that indifference melds into scorn.

There are faces which still conjure fame to strangers
Tears to friends
Record sales to a few
Blank stares for the rest.

But this stuff, these places
It was never for the rest
It never took a rest either
Not until the final rest.

But after the rest comes the downbeat
Doesn’t it?
No one’s listening any more, sometimes it feels like they never did
During worse times it feels as though they never should have done.

Maybe in time the story will be clearer
Something more coherent than the truth.
The truth hurts too much
But it means as much
That’s why it feels necessary.

Did I mention it’s still there at No. 47?
Still there in some form or another,
Stupid faces reflected on clean tables…
What went right?

What went wrong?
Why is everything so falsely beautiful?
Where is the humanity behind the mask?
The wrinkles beyond the grave.

Should we say RIP No. 47?
Or just say RIP to those who once passed through and now passed out,
Some of the few are still there
I hope they know it.

Whilst they are still around
There will always been signs of life and beauty at No. 47,
That’s why I’m still there.
Part of it might be why I’m still here.

But only during opening hours of course.
We all have lives to lead….
So we tell the people who have never been to No. 47 or any place remotely like it.

Sam znalazłem swoją drogę do bluesa - John Mayall w St. Albans (Nowy Czas/JazzPRESS)


Uśmiech Johna Mayalla jest dziś taki sam jak przed laty
Urodził się 29 listopada 1933 roku w Macclesfield w hrabstwie Cheshire, które swoją popularność w dużej mierze zawdzięcza tajemniczemu kotu z "Alicji w Krainie Czarów". Jego ojciec był znanym kolekcjonerem płyt jazzowych. Późniejszy wychowawca gitarowych legend od wczesnej młodości nasiąkał dźwiękami takich mistrzów jak Howlin' Wolf czy Albert Ammons. Pierwszą elektryczną gitarę John Mayall nabył tuż po powrocie z dwuletniej służby wojskowej w Korei. Po przeprowadzce do Manchesteru uczęszczał do szkoły plastycznej, ale jednocześnie bardzo szybko odnalazł się w lokalnych zespołach jako gitarzysta. Mimo, że został dyplomowanym projektantem, większość wolnego czasu spędzał z gitarą, a jego nieprzeciętnym talentem zainteresował się sam Alexis Korner nazywany ojcem brytyjskiego bluesa. To właśnie za jego namową w roku 1963 Mayall przeniósł się do Londynu, gdzie prawie natychmiast powołał do życia The Bluesbreakers - zespół, który stał się prawdziwą wylęgarnią utalentowanych muzyków, którzy z czasem przerośli popularnością swojego mistrza.

                                           Jeden z utworów z pierwszego krążka Mayalla

The Yardbirds z Ericem Claptonem
W marcu 1965 roku grupa The Yardbirds doprowadziła piosenkę "For Your Love" na szczyty brytyjskich list przebojów i mimo, że dwudziestoletni wówczas Eric Clapron oficjalnie już nie był w składzie zespołu, to właśnie jego gitarę możemy podziwiać, gdy słuchając tego przeboju ogarnia nas taneczne szaleństwo. Dlaczego Clapton zostawił zespół w momencie sukcesu? Zakochany w bluesie młody muzyk nie był w stanie pogodzić się z dryfowaniem The Yardbirds  w stronę muzyki popularnej, na co bez większych oporów dali namówić się jego koledzy. Clapton ponadto wyczuwał, że znany z pisania piosenek na zamówienie Graham Gouldman - autor "For Your Love" będzie usiłował iść za ciosem, co dość szybko przełoży się na utratę artystycznej tożsamości zespołu. W marcu 1965 roku "For Your Love" stała się szlagierem, a już w kwietniu Eric Clapton dołączył do szukającej własnej ścieżki formacji Johna Mayalla. Jego znakomita gra u boku zafascynowanego bluesem lidera na albumie Blues Breakers with Eric Clapton nie tylko ustaliła pozycję Claptona w bluesowym światku Londynu, ale spowodowała wśród licznych wielbicieli jego talentu coś w rodzaju amoku. Namalowany na ścianie stacji metra w londyńskim Islington napis "Clapton is God" rozprzestrzeniał się po całym Zjednoczonym Królestwie z prędkością światła, aż w końcu sława wielkiego Erica dotarła za ocean.


John Mayall i Eric Clapton
John Mayall & the Bluesbreakers rozpoczął od grania w londyńskim klubie Marquee. W roku 1964 formacja supportowała nawet gig samego Johna Lee Hookera podczas jego brytyjskiej trasy. Rok później Mayall nagrał swój pierwszy album John Mayall Plays John Mayall. o którym 19-go października podczas koncertu w St. Albans zażartował ze sceny, że już sam tytuł tej płyty musiał być dość podejrzany.

To właśnie w tym samym czasie do zespołu dołączył poszukujący swojej drogi dwudziestoletni Eric Clapton. Owocem współpracy obu muzyków była utrzymana w tradycji chicagowskiego bluesa najsłynniejsza płyta Johna Mayalla Blues Breakers with Eric Clapton, uznana po latach za jeden z najważniejszych krążków w historii światowego rocka. Po premierze tej płyty na ścianie stacji Islington pojawiło się właśnie owo kultowe graffiti "Clapton jest Bogiem". Po ogromnym sukcesie tego wydawnictwa Eric Clapton postanowił jednak opuścić zespół Mayalla i dołączyć do grupy Cream, którą współtworzył później wraz z "Gingerem" Bakeremze oraz ze zmarłym przed kilku dniami Jackiem Bruce'm.


Peter Green
Po odejściu Claptona u boku Johna Mayalla pojawił się niejaki Peter Green, którego gitarę słychać już na wydanym w roku 1967 albumie A Hard Road. Płyta okazała się kolejnym wielkim sukcesem bandu Mayalla, ale nowy gitarzysta podobnie jak jego wielki poprzednik tuż po premierze albumu także postanowił odejść i założyć zespół Peter Green's Fleetwood Mac zabierając Mayallowi jeszcze przy okazji dwóch innych Bluesbreakers'ów - basistę Johna McVie i perkusistę Micka Fleetwooda. Na miejsce Greena Mayallowi trafił się znów niezwykły talent. Mick Taylor miał wówczas dopiero 18 lat i mimo tak młodego wieku jego gitara z powodzeniem zadebiutowała na wydanym w 1967 roku albumie Crusade. Rok później ukazał się ostatni album pod szyldem John Mayall and the Bluesbreakers, który nosił tytuł Bare Wires. W roku 1969 wychowany w położonym niedaleko bliskiego memu sercu St. Albans niewielkim miasteczku Hatfield Mick Taylor postanowił dołączyć do słynnej formacji The Rolling Stones zastępując w niej bardzo już wówczas wyczerpanego rockandrollowym życiem Briana Jonesa.


John Mayall (drugi od lewej) i 18-letni Mick Taylor (trzeci z lewej)
Zniechęcony nieustannymi zmianami składu i szybkim usamodzielnianiem się swoich wychowanków Mayall postanowił przenieść się do Kalifornii, gdzie dzięki eksperymentom polegającym na łączeniu bluesa, jazzu, funku i rock and rolla udało mu się stworzyć zupełnie nowy rodzaj muzyki i dołączyć do panteonu największych legend rocka. Jest takie powiedzenie, że w przyrodzie nic nie ginie. Mówi się także, że czym skorupka za młodu nasiąknie... W 1982 roku los ponownie zetknął Mayalla z jego wychowankami. Wraz z Mickiem Taylorem i Johnem McVie Mayall tryumfalnie objechał świat, co napełniło go takim powerem i entuzjazmem, że dwa lata później reaktywował The Bluesbreakers. Wytrwał przy tej nazwie aż do roku do 2008. Gdy wydawało się, że dla jego bandu nastały wreszcie czasy upragnionej stabilizacji, nieoczekiwanie sam lider uznał, że dusi się w artystycznych ramach, które stworzył i po raz kolejny postanowił zakończyć działalność owianej legendą i licznymi sukcesami grupy oddając się karierze solowej, która szczęśliwie trwa do dziś.


John Mayall w St. Albans Arena (fot. Sławek Orwat)
Kariera solowa nie oznacza jednak dla Johna Mayalla skupiania uwagi jedynie na sobie samym. Potwierdził to koncert, jaki miałem okazję zobaczyć 19-go października w St. Albans będący częścią światowej trasy odbywającej się z okazji 80-tych urodzin tego artysty. Koncert był dla mnie tym bardziej wyjątkowy, że odbywał się w miejscowości, w której od kilku lat mieszkam i w której w każdy poniedziałek zasiadam za "sitkiem" Radia Verulam, żeby nadać kolejną audycję Polisz Czart. Aby ujrzeć światową legendę nie musiałem więc tym razem udawać się - jak miało to niedawno miejsce w przypadku Deep Purple czy Uriah Heep - do stolicy Królestwa. Tym razem to Góra przyszła do Mahometa. Nie tylko sam fakt, że oto za chwilę zobaczę na żywo człowieka, którego kompozycje niczym gąbka chłonąłem we wczesnym dzieciństwie, spowodował u mnie trudną do opisania ekscytację. Dla Polaka przyzwyczajonego do przesiadywania naszych rodzimych gwiazd po garderobach lub w najlepszym przypadku ich kręcenia się po back stage'u, obraz blisko 81-letniej legendy światowego rocka stojącej przy niewielkim, skromnym stoliku i sprzedającej swój najnowszy album wywołał u mnie krótkotrwały stan hipnozy.

Album z podpisem Mistrza
Podchodząc do Johna Mayalla w towarzystwie mojego redakcyjnego kolegi z Nowego Czasu Włodka Fenrycha, za którego namową w tym miejscu się znalazłem, nieśmiało wydobyłem z siebie pierwsze słowa: "Dobry wieczór. Jestem polskim prezenterem Radia Verulam z St. Albans. Czy zgodziłby się pan na krótką rozmowę po koncercie? Nieco zdziwiony ale niezwykle miły artysta odparł: "Myślę, że nie będzie z tym problemu". Mimo, iż kilka pytań przygotowałem sobie już wcześniej, to - szczerze przyznam - nie tylko nie liczyłem na to, że bez jakichkolwiek uzgodnień z organizatorem koncertu uda mi się taką rozmowę przeprowadzić, ale już ewentualność, że uda mi się ją uzgodnić bezpośrednio z samym Johnem Mayallem kupując z jego rąk najnowszy album z autografem nie mieściła się w mojej głowie w najbardziej fantastycznych wizjach. Oszołomiony sytuacją z podpisaną płytą w dłoni udałem się wraz z Włodkiem na balkon St. Albans Arena, aby ochłonąć i poddać się kojącemu działaniu starego, dobrego bluesa.

W barwach Dżemu - polskich muzycznych "dzieci"
 Johna Mayalla  (fot. Włodek Fenrych)
Dowodem na to, że kariera solowa nie oznacza dla Johna Mayalla skupiania uwagi tylko na sobie był - jak już wspomniałem - sam koncert. Gitarzysta Rocky Athas, perkusista Jay Davenport oraz posiadający polskie korzenie rewelacyjny basista Greg Rzab to znakomici muzycy z Chicago, którzy towarzyszą Mayallowi nie tylko podczas jego światowego tournée. Słuchać ich możemy również na jego ubiegłorocznym albumie Special Life. Ich znakomite solówki oraz szczera radość Johna Mayalla ze wspólnych improwizacji i spontanicznych instrumentalnych dialogów, jakimi byliśmy obdarowywani ze sceny niemal nieustannie, stanowiły istotę tego znakomitego widowiska, które mimo iż działo się tu i teraz, przeniosło moje myśli do czasów, kiedy to jako nastolatek regularnie zasiadałem przy radioodbiorniku, aby wysłuchać zapierających dech w piersiach audycji Jana Chojnackiego "Bielszy Odzień Bluesa". Każdy pogram rozpoczynała popularna melodia "Green Onions", którą jako utwór instrumentalny w roku 1962 stworzyli muzycy grupy Booker T & the M G 's. i która posłużyła rok później Sonny Boy Williamsonowi II za motyw do napisania wielkiego bluesowego klasyka "Help Me".


Koncert Johna Mayalla w St. Albans Arena
John Mayall & the Bluesbreakers zarejestrowali swoją wersję tego utworu w roku 1968 na albumie The Diary of a Band - Volume Two. 19-go października po 46 latach od wydania tamtego krążka blisko 81-letni Mayall wraz ze swoimi chicagowskimi kolegami brawurowym wykonaniem tego standardu przywrócił mi nie tylko najpiękniejsze wspomnienia czasów młodości, lecz przede wszystkim wiarę w to, że wartościowa muzyka potrafi przetrwać w pamięci ludzkiej nawet pół wieku i wciąż tak samo fascynować. I tylko niewielki cień smutku przesunął mi się w tym momencie przed oczami, a dręczące mnie pytanie "co za 50 lat zostanie w pamięci współczesnych nastolatków?" -  aby nie psuć sobie dobrego nastroju - odłożyłem na potem.

Koncert Johna Mayalla w St. Albans Arena
Koncertowy miks największych przebojów Johna Mayalla z kompozycjami z jego najnowszego wydawnictwa pokazał, że mimo upływu czasu, szaleńczego tempa życia czy zmieniających się muzycznych trendów, blues ciągle jest muzyką żywą, atrakcyjną, ponadczasową i taką, która skutecznie potrafi oprzeć się chorej konieczności finansowego sukcesu w dziedzinie sztuki. John Mayall zachwycił zebranych w St. Albans widzów niespotykaną u artystów tej generacji energią, a szybkość z jaką zmieniał organy na gitarę lub wokal na harmonijkę pozostawiając przy tym miejsce na indywidualne popisy swoich znakomitych muzyków świadczyła tylko o jego artystycznej klasie i zasłużonym statusie legendy. Właśnie pochodzący z debiutanckiego albumu John Mayall Plays John Mayall trwający oryginalnie nieco ponad 4 minuty "Chicago Line" został na potrzeby koncertu zaaranżowany w taki sposób, aby widzowie mogli doskonale zapamiętać każdego z muzyków tego widowiska. Popisom i solówkom nie było końca, a czas trwania tej kompozycji tego dnia wyniósł kilkanaście minut.


Rozmowa z Johnem Mayallem to jeden z najkrótszych wywiadów, jakie zostały nagrane na mój dyktafon. Tym razem jednak nie długość tekstu a emocje, jakie towarzyszyły mi podczas tej rozmowy są najważniejszą składową atmosfery, którą chciałbym za pomocą tych kilkunastu zdań oddać.

Dla takich chwil się żyje (fot. Włodek Fenrych)
 - Tak jak Cheshire Cat, pojawiasz się i znikasz z elegancją. Kiedy znów będziemy mogli usłyszeć Cię w St. Albans? I jak podobało Ci się granie tutaj?

 - Dzisiejszy koncert był świetny. Nagłośnienie w sali było dobre i mieliśmy świetną zabawę.

- Jak często grywasz w St. Albans? Przyjeżdżasz co roku?

- Nie, nie zupełnie. Od promotorów zależy organizacja tych wydarzeń. Teraz mamy trasę po Wielkiej Brytanii i ktoś w St. Albans zechciał byśmy tu zagrali.

- Twój tato, Murray Mayall, był wielkim sympatykiem jazzu. Czy to jemu zawdzięczasz swoją fascynację amerykańskim bluesem?

- Nie, on w ogóle nie interesował się bluesem. Dla niego istniał głównie jazz. Sam znalazłem swoją drogę do bluesa.

- Współpracowało z Tobą wielu znanych muzyków, między innymi Eric Clapton, Jack Bruce, Peter Green, John McVie, Mick Fleetwood. To oni znaleźli Ciebie, czy Ty ich?

- To lider zespołu zawsze znajduje ludzi, z którymi chce pracować.

- Jesteś Brytyjczykiem urodzonym tutaj. Dlaczego wybrałeś życie w Laurel Canyon w Stanach?

- W Los Angeles jest piękny klimat.
John Mayall i perkusista Jay Davenportw St. Albans Arena  (fot. S. Orwat)
- Czy będziesz próbował zrobić podobną trasę na swoje 90-te urodziny?

- Jako muzycy niezupełnie możemy sami decydować o tym jak długo chcemy jeździć w trasy. Z tym trzeba będzie poczekać i zobaczyć.

- Grałeś kiedyś w Polsce?

- Byliśmy tam wiele razy.

- Pamiętasz ile?

- Nie pamiętam dokładnie, ale sporo.

- Co sądzisz o Polsce i Polakach jako publiczności?

- To świetna publiczność, zawsze taka była. Pierwszy raz graliśmy tam w 1980 lub 1981.

- Jesteś dumny z Erica Clapton, Petera Greena, bardzo sławnych obecnie gitarzystów?

- Tak, pewnie. Dowiedli swojej wartości, a to mówi samo za siebie.

Na tym kończy się zapis mojej rozmowy z Johnem Mayallem, ale nie sposób pisząc wspomnienie z tego wydarzenia nie napisać choćby w kilku zdaniach o jego najnowszym albumie. Jaka jest najnowsza solowa płyta  legendy blues-rocka? Ostro zagrany i z pazurem zaśpiewany "Speak Of The Devil" ze znakomitą solówką na gitarze przywołuje najlepsze dokonania z czasów John Mayall & the Bluesbreakers. "Floodin' In California" rozczulił mnie do szpiku kości. Dokładnie przy takich bluesowych kołysankach przeżywałem pierwsze uczuciowe uniesienia na prywatkach drugiej połowy lat 70'.  Harmonijka w "Big Town Playboy" rozbujała nie tylko mnie, ale i cały mój pokój, którego ściany nieustannie migały mi przed oczami i uparcie nie chciały się zatrzymać.

John Mayall podpisuje swój album St. Albans Arena
(fot. Sławek Orwat)
 Leniwy "I Just Got To Know" okazał się być najlepszym remedium, aby moje ściany w końcu wróciły na swoje miejsce, a cudowny "Heartache" klimatem przywołał mój ukochany album Petera Greena In the Skies z 1979 roku. Perłę schował John Mayall prawie na sam koniec. "Like A Fool" to mistrzostwo samo w sobie i jest to bezsprzecznie jeden z najlepszych kawałków, jakie w swoim ponad osiemdziesięcioletnim życiu nagrał John Mayall. Nie zamierzam skupiać się nad jakimkolwiek z detali tego utworu, bo jako całość jest po prostu arcydziełem. Kończąca krążek kompozycja "Just A Memory" jest przepiękną nostalgią, którą Johna Mayall zostawił nam na sam koniec po to, abyśmy tęsknili za jego nowymi nagraniami i kolejnym spotkaniem twarzą w twarz. Uwielbienie, jakie zawsze do niego w sercu nosiłem od 19-go października będzie już miało uśmiech i ciepłe spojrzenie człowieka, który zamiast zamykać się w niedostępnych pokojach dla VIP-ów i otaczać uzbrojoną po zęby gwardią ochroniarzy, woli podawać rękę każdemu, kto kocha jego muzykę i patrzeć prosto w oczy swoim wielbicielom. Szacunek, jakim zawsze darzyłem jego i muzyków, których wypuścił spod swoich skrzydeł w wielki świat show biznesu już zawsze będzie mi się kojarzył z moim drżeniem rąk, nad którym w St. Albans Arena w żaden sposób nie potrafiłem zapanować trzymając w nich niczym świętą relikwię dopiero co podpisany album i kartkę z pytaniami.


Na koniec postanowiłem zrobić prezent anglojęzycznym czytelnikom Nowego Czasu i podarować im oryginalną wersję językową mojej rozmowy z Johnem Mayallem i przy tej okazji podziękować mojemu przyjacielowi Mirkowi Chwedziakowi (mieszkającemu w Londynie wokaliście i gitarzyście) za pomoc w przełożeniu oryginalnego zapisu na język polski.

John Mayall, the legend of the blues rock, the original founder of The Bluesbreakers, who is in the UK as part of his 80th birthday celebration tour. I am speaking to John here in St. Albans.

Włodek Fenrych i John Mayall
(fot. Sławek Orwat)
- Just like the Cheshire Cat, you disappear and appear with elegance. When are you going to perform in St. Albans next time? And did you like doing your show here?

- The show tonight was great. The sound was good in the room and we really had a ball.

- How often do you play in St. Albans? Do you come every year?

- No, not really. It's up to the promoters to book a gig. We are having the British Tour now and somebody in St. Albans figured they should make a booking.

- Your dad, Murray Mayall, was a big fan of jazz. Do you owe him your fascination with American Blues?

- Not really. He wasn't into the blues at all, it was mainly jazz for him. I've found my own way with the blues.

- A lot of famous guitarists, Eric Clapton, Jack Bruce, Peter Green, John McVie, Mick Fleetwood to name some that you've worked with. Did you find them or did they find you?

- The band leader always finds the people he wants to work with.

- As a Brit born in here, why did you choose to live the Lauren Canyon in the USA?

- The climate is beautiful there in Los Angeles.

- Will you try and make a similar tour for your 90th birthday?

- As musicians, we don't exactly choose how long we will be touring for. We'll just have to wait and see.

- Have you ever played in Poland?

- We've been there many times.

- Do you remember how many?

- I don't really remember. Loads!

- What do you think about Poland as a nation and as an audience?

- They're great audiences, they always have been. I think the first time we went there was 1980 or 1981.

- Are you proud of Eric Clapton, Peter Green, these now famous guitarists?

- Yes, sure, they've proved themselves, and that says it all.