poniedziałek, 20 kwietnia 2015

Mateusz Augustyniak - Happysad w Garażu. Wzwiad z Panem Latawcem

Mateusz Augustyniak  Jest zwycięzcą II edycji Jubileuszowego Konkursu Muzycznej Podróży dzięki ironicznemu, acz niezwykle wnikliwemu artykułowi, który można przeczytać tutaj.  Muzyka była z nim od zawsze. Po maturze trafił do Krakowa, gdzie znalazł pracę jako szklankowy w Tower Pub - mrocznej spelunie dla typów spod ciemnej gwiazdy. Jego jakże odpowiedzialna praca polegała na zbieraniu szklanek ze stolików i obserwowaniu kamery skierowanej na wejście do pubu, a wszystko to działo się w rytmach mocnych metalowych brzmień. Zabawił tam niedługo, ale wspomina to miejsce z wielkim rozrzewnieniem. Po kilku zawirowaniach wylądował w studenckim klubie Studio, gdzie spędził blisko cztery lata, awansując na stanowisko menadżera. Do Anglii - jak wielu innych - przyjechałem na kilka miesięcy, aby sobie dorobić i... został na stałe. Powrotu do Polski sobie nie wyobraża. Przedkłada - jak sam mówi - szarość aury nad szarością nastrojów. Obecnie pracuje w lokalnym Radio Betford, gdzie bez przeszkód naśmiewa się z wszystkiego, co go śmieszy. Mateusz wychodzi z założenia, że w obecnym świecie trzeba śmiać się z  otaczającej nas pokracznej rzeczywistości, gdyż inaczej trzeba by się jej bać. Gra także na gitarze w kapeli, z którą spodziewa się odnieść w niedalekiej przyszłości oszałamiający sukces, doskonale zdając sobie sprawę z beznadziejności owych zamierzeń. Codzienne osiem godzin w jego mało ambitnej pracy, wydaje mu się celem samym w sobie. Mateusz wraz z Kubą Mikołajczykiem prowadzi od niedawna portal muzyczny www.polskiwzrok.co.uk, który na razie dopiero się rozkręca, a plany z nim związane są ogromne. Dzięki Mateuszowi czuję wielką radość i sens organizowania cyklicznych konkursów na muzyczny artykuł. Szykujcie się więc już teraz do kolejnej jego edycji, którą ogłoszę z okazji 300-tysięcznej wizyty na Muzycznej Podróży. Podróż Mateusza - jak sam zainteresowany mówi o swojej muzycznej przygodzie - dopiero się zaczyna...


fot. Artur Grzanka

W połowie kwietnia bieżącego roku, „wesołosmutni” muzycy ze Skarżyska Kamiennego powrócili na wyspy, zgodnie z zapowiedziami poczynionymi przeszło 7 lat temu w Londyńskim klubie „Cargo”. Od czwartku do niedzieli przebyli dziesiątki mil, aby zagrać dla swoich fanów w Leeds, Liverpoolu, Southampton i Londynie.

fot. Artur Grzanka
Mnie osobiście najbliżej było do stolicy, więc właśnie w Londyńskim garażu znalazłem się w pewną pochmurną, acz ciepłą sobotę, aby posłuchać Happysadu promującego swą nową płytę. Każdego, kto z oburzeniem stwierdził właśnie, że to nie przystoi takiemu zespołowi grać w pierwszym lepszym – choćby i londyńskim, ale jednak – garażu chciałbym uspokoić. „The Garage” to bowiem pełnoprawny klub mieszczący się na ulicy Highbury Crescent tuż obok stacji metra Highbury & Islington. Z prawdziwym garażem ma wspólnego jedynie to, że właściwie składa się tylko z sali koncertowej z barem usytuowanym naprzeciwko sceny oraz wnęką na sklepik (był, można było kupić sporo suwenirów) i toaletami dostępnymi bezpośrednio z sali. Klub bardzo przypadł mi do gustu, posiada całkiem solidny zestaw świateł koncertowych i choć momentami było bardzo gorąco, to można przecież było się nawadniać nie tracąc nic z imprezy, a w połowie koncertu obsługa włączyła przyjemny nawiew chłodzący rozgrzane głowy. A było co chłodzić, bo frekwencja dopisała; mimo dość dużej konkurencji ze strony innych polskich artystów i publiczności składającej się głównie z płci pięknej, to przy bardziej żywiołowych numerach pod sceną rozpętywało się całkiem srogie pogo, które jednak szybko zanikało, aby po kilkunastu minutach pojawić się ponownie.

fot. Artur Grzanka
Zespół ze Skarżyska zaprezentował się bez suportu, który według mnie nie był nawet potrzebny, bo większość audiencji była już dobrze rozgrzana, gdy muzycy pojawili się na scenie. Koncerty na wyspach były częścią trasy promującej nowy krążek Happysadu pt. Jakby nie było jutra, stąd też sporą część setlisty stanowiły właśnie nowe utwory, które radzą sobie na koncertach bardzo dobrze. Kuba jak zawsze, charyzmatyczny i uprzejmy, trzymał doskonały kontakt z publicznością. Niestety nie udało się uniknąć problemów technicznych. Przez większą część koncertu perkusista Jarek Dubiński miał problemy z hi-hatem, czy też werblem. Trudno to było jednoznacznie stwierdzić, bo niezrażony niczym bębniarz walił w gary z właściwą sobie żywą ekspresją i odganiał machnięciami ręki technicznego, który starał się naprawić usterkę. Drugą część koncertu stanowiły klasyczne, znane i lubiane piosenki, które publiczność zdzierając gardła wyśpiewywała razem z Kubą. Zespół zagrał kilka kawałków na życzenie publiczności i pod naporem rzęsistych owacji, zagrał jeszcze dwa bisy po raz kolejny obiecując, że „wrócimy tu jeszcze”, czego mam nadzieję doczekać, życząc tego zarówno sobie jak i naszym czytelnikom.


fot. Artur Grzanka
Po koncercie zanim zespół spakował się i wyruszył w drogę do Southampton, aby zagrać ostatni koncert w swej wiosennej trasie, udało mi się wśliznąć na zaplecze i zadać kilka pytań gitarzyście Panu Latawcowi, czego efekt do przeczytania poniżej.

Mateusz Augustyniak: To już druga wasza wizyta na Wwyspach. Pamiętasz jak było podczas pierwszej?

Łukasz Cegliński: To było 7 lat temu, w 2008 roku, tuż po wydaniu Nieprzygody. Pamiętam, że graliśmy wtedy w Cargo, również na zaproszenie Megayogi.

MA: A jak frekwencja? Londyński koncert to już wasz trzeci gig w tej mini trasie po UK prawda?

ŁC: Tak, w tej trasie trzeci i faktycznie frekwencyjnie najlepszy, natomiast wczoraj graliśmy w Leeds w klubie, który mieści może z 200 osób i faktycznie te 200 osób tam było, tak, więc wydaje mi się, że frekwencja jest dobra. Nas to osobiście bardzo cieszy, choćby, dlatego że fajnie jest, jeśli organizator zaprasza zespół i potem dzięki temu zespołowi wychodzi na swoje. Bo jakoś głupio przyjechać i narobić długów, tak więc cieszymy się, że jesteśmy w stanie ściągnąć taką publiczność.


fot. Artur Grzanka
MA: Pytam o to, ponieważ każdy wasz koncert w tej trasie był organizowany przez inną osobą, inną agencję koncertową i każdy organizator promował wasz koncert niezależnie od innego.
ŁC: Nie sądzę żeby była jakaś konkurencja między nimi, bo jednak ciężko byłoby ściągnąć publiczność z Liverpoolu do Londynu na koncert. Są trasy, które skleja jeden promotor i wszystko jest z głowy, natomiast ten Liverpool na przykład został dodany na sam koniec do tej trójki (Leeds, Southampton i Londyn – przyp. red.), ale cieszymy się, że mogliśmy tam zagrać, bo Patryk, czyli osoba odpowiadająca z koncert w Arts Klubie ma zamiar jakoś rozkręcić to miejsce i cieszymy się, że mogliśmy dołożyć swoją cegiełkę, pomóc właśnie w uruchamianiu tej inicjatywy. Tutaj w Londynie jest to już najbardziej profesjonalny klub, przypominający te, w których gramy, na co dzień w Polsce, więc cieszymy się z tak dużej liczby osób i że mogliśmy dla nich zagrać.

MA: W trakcie koncertu na prośbę publiczności o „Kostuchnę”, Kuba stwierdził, że ten numer zostanie już chyba na zawsze przekleństwem Jarka, można prosić o krótkie wyjaśnienie, o co chodzi? 



ŁC: A, bo gramy tę Kostuchnę na każdym koncercie chyba od premiery tej płyty, czyli od 2009 roku i już od dawna zamierzaliśmy od niej odpocząć, ale Kuba zawsze torpedował tę decyzję i summa summarum zawsze ten numer graliśmy. Tym razem na koncerty w Anglii udało się wyrzucić Kostuchnę z setlisty, ale na pytanie publiczności, co by dodatkowo chcieli usłyszeć na bisy, ta Kostuchna pojawiała się chyba w każdym mieście (śmiech). No, więc mimo wcześniejszych ustaleń ją graliśmy.

fot. Artur Grzanka
MA: W październiku ubiegłego roku ukazała się wasza nowa płyta Jakby nie było jutra. Przyznam się, że ja na tę płytę trafiłem z dużym opóźnieniem. Mimo że krążek w mgnieniu oka osiągnął status złotej płyty, to jakoś nie przedarł się do mainstreamu, a w wielu radiach nadal królują hity z waszej debiutanckiej płyty i tylko z niej. 


ŁC: Cóż, to jest oczywiście nie nasz problem, tylko stacji radiowych. Nie zajmujemy się tym, co chcą puszczać, a czego nie chcą, natomiast promocja płyty się odbyła razem z teledyskami i według nas wszystko było na swoim miejscu.

fot. Artur Grzanka
MA: Słyszałem, że jednak nie obyło się bez problemów podczas produkcji nowego longplaya.

ŁC: Tak to prawda, wszystko się po prostu sprzysięgło przeciwko nam. Najgorzej dała nam się we znaki pogoda obfitująca w ulewne burze i deszcze, które zalały studio. Zniszczyło się sporo śladów, niektóre rzeczy trzeba było nagrywać od nowa, inne odzyskiwać. W związku z tym wszystko się poobsuwało, przesunęła się premiera płyty, cały proces produkcyjny się wydłużył. W pewnym momencie była nawet groźba, że będziemy musieli jechać w trasę koncertową bez płyty. Na szczęście w ostatniej chwili udało się wszystko jakoś naprostować i po kilku koncertach trasy promocyjnej płyta pojawiła się na rynku.


fot. Artur Grzanka
MA: Macie już jakieś konkretne plany na przyszłość?

ŁC: Jasne, po tej trasie po Wielkiej Brytanii mamy dosłownie dwa dni przerwy w Polsce i wyjeżdżamy na taki „obóz kompozycyjny” jak my to nazywamy. Jedziemy do domku w górach żeby się zamknąć i komponować, wymyślać nowy materiał. Liczymy, że coś fajnego tam powstanie i mam nadzieję, że może w następnym roku, może za dwa lata będzie kolejna płyta.

MA: Kuba określił kiedyś waszą muzykę, jako „rock regresywny”, nowa płyta natomiast jest już bogatsza aranżacyjnie, słychać trochę elektroniki. Czy to nadal jest rock regresywny? 

fot. Artur Grzanka
ŁC: To jest raczej bardzo spóźnione Indie, natomiast ciężko jest grać w kółko to samo. Rzadko gramy kawałki z naszych starych płyt, pomijając numery oczywiste, które muszą być grane na koncertach właśnie z dwóch powodów. Po pierwsze trochę się one zestarzały, gramy je od jedenastu lat z okładem – jest to kawał czasu. Niektóre kawałki muszą być na każdym koncercie i jest to dla nas troszkę nużące. Będąc cały rok w trasie musimy coś nowego, coś świeżego grać – sami dla siebie; żeby każdy kolejny koncert nie był jak odtworzenie płyty czy DVD z koncertu. Chcemy żeby każdy koncert dawał nam jednak jakąś radość z grania, żeby to nie było odgrzewanie kotleta mówiąc kolokwialnie.


MA: Za czasów, kiedy pracowałem jeszcze w pewnym krakowskim klubie, wśród barmanów krążyła taka anegdota, że koncerty Happysadu są bardzo przyjemne, bo przychodzi na nie dużo ładnych dziewczyn.

fot. Artur Grzanka
ŁC: Tak, ja mam wrażenie, że ochroniarze też się cieszą, zwłaszcza Ci, którzy stoją w fosie pod sceną, bo mogą połapać te wszystkie fajne dziewczyny jak z fali spadają. To prawda u nas na koncertach pod tym względem jest bardzo przyjemnie (śmiech).


MA: A czy macie w związku z tym jakieś „psychofanki”?

fot. Artur Grzanka
ŁC: Nie, to się nie zdarza. To zależy, co masz na myśli mówiąc „psycho”. Nikt pod naszymi oknami hotelowymi ani przed domami nie wystaje, więc z tym jest spokój. Jeśli chodzi o jakieś wciskanie się na zaplecze to już bardziej, natomiast na każde takie akcje jesteśmy jak najbardziej otwarci i zupełnie nas to nie zraża.

MA: Dziękuję bardzo za rozmowę, powodzenia jutro w Southampton.

ŁC: Dzięki również  

Antoni Malewski - Subiektywna historia Rock’n’Rolla w Tomaszowie Mazowieckim. Część 39 Janusz Dębowski - Cichy Fan


Antoni Malewski urodził się w sierpniu 1945 roku w Tomaszowie Mazowieckim, w którym mieszka do dziś. Pochodzi z robotniczej rodziny włókniarzy. Jego mama była tkaczką, a ojciec przędzarzem i farbiarzem. W związku z ogromną fascynacją rock'n'rollem, z wielkimi kłopotami ukończył Technikum Mechaniczne i Studium Pedagogiczne. Sześć lat pracował w szkole zawodowej jako nauczyciel. Dziś jest emerytem i dobiega 70-tki. O swoim dzieciństwie i młodości opowiedział w książkach „Moje miasto w rock’n’rollowym widzie”, „A jednak Rock’n’Roll”, „Rodzina Literacka ‘62”, a ostatnio w „Subiektywnej historii Rock’n’Rolla w Tomaszowie Mazowieckim” - książce, która zajęła trzecie miejsce w V Edycji Wspomnień Miłośników Rock’n’Rolla zorganizowanych w Sopocie przez Fundację Sopockie Korzenie. Miał 12/13 lat, kiedy po raz pierwszy usłyszał termin rock’n’roll. Egzotyka tego słowa, wzbogacona negatywnymi artykułami Marka Konopki - stałego korespondenta PAP w USA jeszcze bardziej zwiększyła – jak wspomina - nimb tajemniczości stylu określanego we wszystkich mediach jako „zakazany owoc”. Starszy o 3 lata brat Antoniego na jedynym w domu radioodbiorniku Pionier słuchał nocami muzycznych audycji Radia Luxembourg, wciągając autora „Subiektywnej historii Rock’n’Rolla w Tomaszowie Mazowieckim” w ten niecny proceder, który - jak się później okazało - zaważył na całym jego życiu. Na odbywającym się w 1959 roku w tomaszowskim kinie „Mazowsze” pierwszym koncercie pierwszego w Polsce rock’n’rollowego zespołu Franciszka Walickiego Rhythm and Blues, Antoni Malewski znalazł się przypadkowo. Po roku w tym samym kinie został wyświetlony angielski film „W rytmie rock’n’rolla” i w życiu młodego Antka nic już nie było takie jak dawniej. Później przyszły inne muzyczne filmy, dzięki którym Antoni Malewski został skutecznie trafiony rock'n'rollowym pociskiem, który tkwi w jego sercu do dnia dzisiejszego. Autor „Subiektywnej historii Rock’n’Rolla w Tomaszowie Mazowieckim” wierzy głęboko, że rock’n’roll drogą ewolucyjną rozwalił w drobny pył wszystkie totalitaryzmy tego świata – rasizm, faszyzm, nazizm i komunizm. Punktem przełomowym w życiu Antoniego okazały się wakacje 1960 roku, kiedy to autor poznał Wojtka Szymona Szymańskiego, który posiadał sporą bazę amerykańskich płyt rock’n’rollowych. W jego dyskografii znajdowały się takie światowe tuzy jak Elvis Presley, Jerry Lee Lewis, Dion, Paul Anka, Brenda Lee, Frankie Avalon, Cliff Richard, Connie Francis, Wanda Jackson czy Bill Haley, a każdy pobyt w jego mieszkaniu był dla Antoniego wielką ucztą duchową. W lipcu 1962 roku obaj wybrali się autostopem na Wybrzeże. W Sopocie po drugiej stronie ulicy Bohaterów Monte Casino prowadzającej do mola, był obszerny taras, na którym w roku 1961 powstał pierwszy w Europie taneczny spęd młodzieży zwany Non Stopem, gdzie przez całe wakacje przygrywał zespół współtwórcy Non Stopu Franciszka Walickiego - Czerwono Czarni. Młodzi tomaszowianie natchnieni duchem tego miejsca zaraz po powrocie wybrali się do dyrektora ZDK Włókniarz, w którym istniała kawiarnia Literacka i opowiedzieli mu swoją sopocką przygodę. Na ich prośbę dyrektor zezwolił do końca wakacji na tańce, mimo iż oficjalne stanowisko ówczesnego I sekretarza PZPR Władysława Gomułki brzmiało: "Nie będziemy tolerować żadnej kultury zachodniej". Taneczne imprezy w Tomaszowie rozeszły się bardzo szybko echem po całej Polsce, a podróżująca autostopem młodzież zatrzymywała się, aby tego dobrodziejstwa choć przez chwilę doświadczyć. Mijały lata, aż nadszedł dzień 16 lutego 2005 roku - dzień urodzin Czesława Niemena. Tomaszowianie zorganizowali wówczas w Galerii ARKADY wieczór pamięci poświęcony temu wielkiemu artyście.

Wśród przybyłych znalazł się również Antoni Malewski. Spotkał tam wielu kolegów ze swojego pokolenia, którzy znając muzyczne zasoby Antoniego wskazali na jego osobę, mając na myśli organizację obchodów zbliżającej się 70 rocznicy urodzin Elvisa Presleya. Tak oto... rozpoczęła się "Subiektywna historia Rock’n’Rolla w Tomaszowie Mazowieckim", którą postanowiłem za zgodą jej Autora udostępniać w odcinkach Czytelnikom Muzycznej Podróży. Zanim powstała muzyka, która została nazwana rockiem, istnieli pionierzy... ludzie, dzięki którym dziś możemy słuchać kolejnych pokoleń muzycznych buntowników. Historia ta tylko pozornie dotyczy jednego miasta. "Subiektywna historia Rock’n’Rolla..." to zapis historii pokolenia, które podarowało nam kiedyś muzyczną wolność, a dokonało tego wyczynu w czasach, w których rozpowszechnianie kultury zachodniej jakże często było karane równie surowo, jak opozycyjna działalność polityczna. Oddaję Wam do rąk dokument czasów, które rozpoczęły wielką rewolucję w muzyce i która – jestem o tym głęboko przekonany – nigdy się nie zakończyła, a jedynie miała swoje lepsze i gorsze chwile. Zbliżamy się – czego jestem również pewien – do kolejnego muzycznego przełomu. Nie przegapmy go. Może o tym, co my zrobimy w chwili obecnej, ktoś za 50 lat napisze na łamach zupełnie innej Muzycznej Podróży.

Bogato ilustrowane osobiste refleksje Antoniego Malewskiego na temat swojej życiowej drogi można przeczytać tutaj Cześć 1 "Subiektywnej historii Rock’n’Rolla w Tomaszowie Mazowieckim" można przeczytać tutaj. Część 2 tutaj  Część 3 tutaj  Część 4 tutaj  Część 5 tutaj  Część 6 tutaj Część 7 tutaj  Część 8 tutaj  Część 9 tutaj  Część 10 tutaj Część 11 tuta jCzęść 12  tutaj  Część 13 tutaj  Część 14 tutaj  Część 15 tutaj   Część 16 tutaj  Część 17 tutaj  Część 18 tutaj  Część 19 tutaj  Część 20 tutaj Część 21 tutaj Część 22 tutaj  Część 23 tutaj  Część 24 tutaj   Część 25 tutaj  Część 26 tutaj Część 27 tutaj Część 28 tutaj  Część 29 tutaj Część 30 tutaj Część 31 tutaj   Część 32 tutaj Część 33 tutaj Część 34 tutaj  Część 35 tutaj  Część 36 tutaj  Część 37 tutaj Część 38 tutaj Część 90 tutaj Artykuł z okazji zdobycia nagrody tutaj


Dzisiejszy odcinek wspomnień Antoniego Malewskiego dedykuję tym z Państwa, którzy podczas oglądania poniższego teledysku nie będą mogli usiedzieć na...


Janusz Dębowski
Po korespondencyjnej wędrówce z Wojtkiem Szymonem za Oceanem Atlantyckim, po ziemi amerykańskiej, za pośrednictwem jego listów pisanych na moją pocztę mailową, wreszcie wracam do Europy, do Polski, do Tomaszowa Mazowieckiego. Dziś wiem, że te listy, jedne z wielu jakie dostaję od Szymona, które wybrałem i opublikowałem na Nasz Tomaszów, (zamieściłem tylko sześć), dały sporą, nieskromnie powiem wręcz historyczną, wiedzę czytającemu Subiektywną Historię. Dzięki „szaleńcowi” wywodzącemu się z naszego miasta, tomaszowskie, rock’n’rollowe macki dotarły za Ocean, do kolebki tego, muzycznego stylu, do Memphis w stanie Tennessee. Szczególnie ważne dla mnie, że przyczyniły się do rozwoju i rozpowszechniania rock’n’rolla w mieście za sprawą, chociażby stałego cyklu spotkań w Galerii ARKADY, Herosi Rock’n’Rolla. Stały się zalążkiem do napisania przeze mnie, trzech publikacji o tym, jak rock’n’roll przedzierał się za żelazną kurtynę i zamieszkał na zawsze w naszym mieście, nazwanych (Moje miasto w rock’n’rollowym widzie, A jednak Rock’n’Roll, Rodzina Literacka ’62) kolokwialnie, Tryptykiem Tomaszowskim.


Galeria ARKADY. Wejście główne z ogródkiem piwnym
Jednak moim zamierzeniem było i jest ocalenie od zapomnienia, niektórych miejsc już nieistniejących w mieście, czy ludzi, którzy swoją działalnością, pasją zapisali się złotymi zgłoskami w historii miasta. Termin „Rock’n’Roll” stał się tylko pretekstem, przysłowiowym kwiatkiem do kożucha, przyczynkiem by opowiadając zapisać, przedstawić wydarzenia, miejsca i… ludzi. Niektórzy już odeszli od nas na zawsze, ale jest wielu jeszcze żyjących, chomikujących płyty, uczestniczących w spotkaniach, prelekcjach, koncertach w dziedzinie rock’n’roll. Dzięki nowatorskim przedsięwzięciom na skalę miasta, poznawałem nowych ludzi, którzy przychodzili na moje spotkania do Galerii ARKADY, których nigdy bym nie dostrzegł mijając ich na ulicy, nie zwrócił uwagi. Często w trakcie spotkania czy krótko po zakończeniu, spijając piwo, kawę, dzieliliśmy się swoją wiedzą, wymieniając tematyczne poglądy. Niejednokrotnie wymienialiśmy między sobą filmowe koncerty, dokumentalne czy fabularne filmy (jak Cadillac Records, American Hot Wax, Louis Satchmo Armstrong czy Chuck Berry Story). Czytelnikom, kilku już przybliżyłem na tym portalu, zapewne na jego łamach pojawią się jeszcze niejedni. Dziś pozwolę sobie przywołać kolejnego uczestnika moich spotkań, opętanego rock’n’rollem, a jest nim - Janusz Dębowski.


* * *

Andrzej Kotowski
Od pierwszych moich spotkań w Galerii, na końcu lokalu, pod ścianą z wiszącymi obrazami, zasiadał nieznany mi wcześniej facet. Zachowywał się podobnie jak Andrzej Kotowski, ten wielki fan od bluesa, bohater 32 części „Historii”. Były takie spotkania, że siedzieli obok siebie. Sprawiali wrażenie jakby dobrze się znali i razem przychodzili do Galerii na moje spotkania. Skromny, niepozorny, o lekko wydłużonych włosach, średniego wzrostu, w ciemnych okularach w wieku zbliżonym do mojego. Nigdy wokół niego nie było żadnej, towarzyszącej mu, drugiej osoby. Przy stoliku siadał sam, uprzednio zamawiając kufel piwa a nieraz i więcej. Sprawiał wrażenie wielkiego smakosza złocistego napoju. Przychodził dużo wcześniej, co najmniej pół godziny przed rozpoczęciem spotkania z stąd łatwo było zwrócić uwagę i zapamiętać go w niezapełnionym jeszcze słuchaczami pomieszczeniu. Nie znałem go wcześniej ze „szlaku” na tomaszowskich deptakach, tym bardziej stał się dla mnie tajemniczy. W sierpniu 2006 roku, na ósme moje spotkanie z Herosami, a drugie z Elvisem Presleyem dużo wcześniej niż zwykle do ARKAD przybył mój przyjaciel, Czarek Francke z Gdańska. Jakież było moje zdziwienie, kiedy już do siedzącego w lokalu nieznajomego, doszedł Czarek.


Cezary Francke
Po krótkiej chwili, po rozpoznaniu, rzucili się sobie w ramiona całując i ściskając się gorąco, serdecznie. Nieznajomym okazał się Czarka kolegą z klasy. Razem kończyli pomaturalne, dwuletnie studium PSZ w Tomaszowie. Przez cały czas trwania spotkania zajęli się sobą, dzieląc się wspomnieniami z okresu szkolnego. Kiedy skończył się koncert z Elvisem „Aloha From Hawaii”, Czarek podszedł do mnie i rzekł, - „Antek tak się zagadaliśmy z Januszem, że ani razu nie spojrzałem na ekran Galerii, nie wiem nawet co dałeś z Elvisa, koncert czy jakiś dokument? Proszę cię, zrób nam po płytce DVD z tego wydarzenia”. Ten nieznajomy to Janusz Dębowski, jak się okazało później, zamieszkujemy na jednym osiedlu Niebrów. Nie pochodzi z Tomaszowa, dlatego nie mogłem go znać z przeszłości, a Tomaszów to nie Nowy Jork, więc trudno byłoby przez lata interesując się rock’n’rollem nie mieć okazji się spotkać, poznać. Po zakończeniu szkoły ożenił się i zamieszkał w Tomaszowie. Mają dwie córki, które po ukończeniu studiów wyszły za mąż. Jedna za Włocha i zamieszkuje na półwyspie Apenińskim a druga córka w Warszawie. Zaprzyjaźniliśmy się. Każde nasze spotkanie poza ARKADAMI, przeważnie w Biedronce na osiedlu Niebrów, stojąc w kolejce do kasy czy przed sklepem, to zarwane, dyskusyjne minuty, nieraz godziny.

Pamiętam taką sytuację, był piątek po południu, żona wysłała mnie do sklepu po proszek do pieczenia, miała na weekend piec ciasto. Po wyjściu ze sklepu spotkałem wchodzącego do Biedronki Janusza, zatrzymaliśmy się tylko na moment. Nazajutrz w sobotę, miałem w Galerii „robić” Jerry Lee Lewisa. Zaczęła się wymiana zdań o jutrzejszym rockmanie. Tak zaaferowaliśmy się tematem, że żona wysłała wnuczkę by odebrało ode mnie proszek do pieczenia, w tym czasie Januszowi zamknięto Biedronkę a kiedy przyszedłem do domu ciasto było na stole, już upieczone. Januszowi, który nie dokonał zakupu, wyniosłem „ćwiartkę” chleba by mógł zrobić w domu kolację. Od poznania się na sierpniowym spotkaniu w Galerii, Janusz nadal uczestniczył w Herosach i nadal przychodził sam.


Antoni Malewski podczas jednego z qydan Herosow Rock’n’Rolla
Nadal zasiadał w pobliżu Andrzeja Kotowskiego. Nawet zaczęli z sobą rozmawiać, dyskutować, zapewne o jazzie, rock’n’rollu, bo obaj jak się okazało mieli sporą wiedzę w tych dziedzinach. Często przed rozpoczęciem spotkania, dzieliłem się z nim spostrzeżeniami o danych bohaterach mojego cyklu. Dostrzegłem wówczas, że posiada sporą wiedzę w temacie. Kocha stary, dobry rock’n’roll. Jest wielkim fanem Fatsa Domino i Jerry Lee Lewisa. Kocha Jerryego Lee Lewisa pierwszy, wielki hit, CRAZY ARMS. Kiedy się tylko spotkamy mówi do mnie, - „Antek kiedy słucham twoich płyt, szczególnie Blueberry Hill Fatsa Domino czy Jerry Lee Lewisa Crazy Arms to czuję się jakby wylewano miód na moje serce”. Dużo koncertów mu nagrywałem, tak na CD jak i na DVD, praktycznie z każdego, odbytego spotkania. Przy każdym spotkaniu, Janusz często wspomina czasy spędzone w tomaszowskim PSZ, dużo poświęcał w swoich wspominkach Czarkowi Francke, mówiąc, - „Antek to dzięki Czarkowi przychodzę do Galerii na twoje spotkania. To Czarek w latach szkolnych zaraził mnie rock’n’rollem, które to uczucia trzymają mnie do dzisiaj”.











„Końskie jatki” lata 50/60'. Protoplasta dzisiejszej Galerii ARKADY
Przyszedł taki czas, że przestałem widywać go, tak w Galerii na moich spotkaniach jak również na osiedlu. „Czy coś się stało Januszowi?” – pomyślałem. Po dłuższym nie widzeniu się spotkałem go kiedyś wychodzącego z torbami zakupów z osiedlowej Biedronki. – „Janusz, co się z tobą dzieje. Czemu nie przychodzisz na Herosów?” – zagaiłem. – „Antek – prawie załamany, odpowiedział – spotkała mnie wielka tragedia. Moja żona miała wylew, jest częściowo sparaliżowana. Wymaga ciągłej opieki, jesteśmy sami, córki mieszkają poza Tomaszowem. Nie posiadamy w mieście żadnej rodziny, więc wszystko spadło na moją głowę, poczynając od zakupów, robienia śniadań, obiadów, kolacji, do skomplikowanej obsługi chorej żony.

Antoni Malewski i Marek Gaszyński
Włącznie z jej karmieniem. Jeżdżę z nią na zabiegi, drogo kosztują a poprawy nie widzę, ale cóż ja biedny poradzę? Oglądam w Teletopie twoje zapowiedzi herosów. Jest mi bardzo smutno, że nie mogę w nich uczestniczyć. Czytam twoje książki, internetowe publikacje, akurat mam czas na to. Czytając choć przez chwilę mogę znaleźć się w naszej, rock’n’rollowej epoce, świecie w którym chciałbym być do końca swoich dni. Jak możesz nagraj mi na płycie DVD koncerty z twoich spotkań. Będę ci bardzo wdzięczny”. Współczując Januszowi, by mu zadośćuczynić sukcesywnie nagrywam koncerty z moich Herosów. Jedynie co mogę dla niego zrobić by ulżyć mu w cierpieniu, to „karmić” go rock’n’rollem. Wiem po sobie, kiedy źle się czuję, kiedy mam chandrę, wtedy dla każdego fana kochającego rock’n’roll – słuchanie - jest jedynym sposobem na przeżycie ciężkich chwil. Janusz żyje nadzieją, że żonie cofnie się ten wylew i któregoś, pięknego dnia będzie mógł czynnie, przychodząc do ARKAD, uczestniczyć w cyklu „Herosi Rock’n’Rolla”. Czy spełnią się jego marzenia? Czas pokaże.


Marek Gaszyński
W moim jubileuszowym, 100 spotkaniu z cyklu Herosi Rock’n’Rolla w OK TKACZ w dniu 9 lutego 2013 roku, uczestniczył nestor polskiego dziennikarstwa (55 lat pracy) radiowo telewizyjnego, autor wielu publikacji w dziedzinie polskiego (również światowego) rock’n’rolla, redaktor Marek Gaszyński, który w wywiadzie do lokalnych mediów tak się wyraził; - Przyjechałem tutaj, do waszego klubu TKACZ i zobaczyłem jak miejscowi ludzie troszczą się i przejmują, po pierwsze osobą Marka Karewicza, jego zdrowiem, co rozumiem. Wiem, że w tym mieście spędził końcowe lata okupacji, dzieciństwo, że tu wszystko się w jego życiu zaczęło, to też rozumiem. Ale co poza tym zauważyłem, że ludzie tutaj szalenie lubią rock’n’roll, że Tomaszów to prawdziwe zagłębie rock’n’rolla. Rock’n’roll, proszę państwa jest archaizmem, jest już czymś zamkniętym, przydrożną kapliczką, muzeum czy wręcz skansenem. Ja właściwie całe swoje życie zawodowe dzieliłem między rock’n’rollem a jazzem. Zaczynałem w Radiostacji Harcerskiej od audycji jazzowych, z czasem, bo taka była koniunktura, rozpowszechniałem rock’n’roll. Dziś wracam do jazzu,n rock’n’roll dla mnie już dawno umarł.


Marek Karewicz i Antoni Malewski
Również ojciec chrzestny polskiego rock’n’rolla pan Franciszek Walicki w swojej ostatniej książce Epitafium na śmierć Rock’n’Rolla wydanej w listopadzie 2012 roku, również odniósł się w sposób żałobny do istniejącego od blisko 70 lat stylu, - Pochylmy głowy. Zapalmy znicze. Rock and Roll umiera… Żegnam czas rock’n’rolla, epokę, której poświęciłem kilkadziesiąt lat życia. Żegnam świat „fruwających marynarek” i muzykę, która była nie tylko zjawiskiem artystycznym, ale przesłaniem pokolenia. Już w latach 60-tych przejęła na siebie furię decydentów, dotarła do serc i umysłów młodych ludzi na wschód od Łaby i przygotowała pole bitwy, na którym dwadzieścia lat później rozegrały się historyczne wydarzenia.


Franciszek Walicki
Chciałbym, aby moje wspomnienia dotarły do kilku pokoleń. Aby ludziom „w sile wieku” przypomniały szalone lata ich młodości, a tym, którym nazwiska prekursorów rock’n’rolla kojarzą się z epoką dinozaurów, pozwoliły zrozumieć, że ich ulubiona muzyka, której odkrycie przypisują tylko sobie i swoim idolom, powstała w Polsce za sprawą, „odległych widm przeszłości”, a Wyrobek, Niemen, Korda, Klenczon, Czerwono-Czarni, Niebiesko-Czarni i Breakout robili to na długo przed ich urodzeniem.

Choć te dwie wypowiedzi, jakże ważnych postaci w polskim, rock’n’rollowym show businessie lekko się różnią od siebie, to jednak mówią jedno, o śmierci tego stylu. Stylu, który w procesie swego ponad 60 letniego, światowego trwania, ewolucyjnie zniszczył wszelkie totalitaryzmy (faszyzm, nazizm, rasizm i choć nie do końca – również komunizm). To ja, Antoni Malewski, subiektywnie twierdzę, że Rock’n’Roll nie umarł i nie umrze. Że ten styl poza rytmem, linią melodyczną, śpiewem to również taniec. Taneczny, rock’n’rollowy krok – jive – tak jak wszystkie kontaktowe tańce (tango, walc, fokstrot czy boogie woogie) przetrwają wieki, również rock’n’roll. O czym świadczyć mogą spotkania w cyklu Herosi Rock’n’Rolla i osoby, które w nich uczestniczą, których wspominam w zamieszczonych felietonach na portalu Nasz Tomaszow jak na przykład osobę, bohatera niniejszego felietonu, Janusza Dębowskiego.

20-go kwietnia w toruńskim HRP Pamela zagrają Sebastian Riedel, Michał Kielak i Mike Greene Band. Przed koncertem odbędą się warsztaty harmonijkowe


Koncert oraz warsztaty harmonijkowe 
w Hard Rock Pubie Pamela: 
poniedziałek - 20.04.2015

Zagrają: duet Sebastian Riedel & Michał Kielak oraz Mike Greene Band. Przed koncertem warsztaty harmonijkowe. Prowadzący: Przemek Łosoś (ex Tortilla obecnie Open Blues) oraz Michał Kielak (Kasa Chorych). Gość specjalny zajęć: Łukasz Wiśniewski (frontman zespołów Kraków Street Band, Hard Times oraz członek harmonijkowej super-grupy Harpcore). Wstęp na oba wydarzenia jest bezpłatny. Koncert rozpoczynamy o godzinie 19 zaś warsztaty harmonijkowe o godzinie 16.30.

Sebastian Riedel - założyciel, wokalista i gitarzysta zespołu Cree. Jest autorem większości repertuaru grupy. Syn Ryszarda Riedla.

Przemek Łosoś - Doświadczony muzyk oraz nauczyciel muzyki. Absolwent Akademii Bydgoskiej na kierunku - Edukacja muzyczna w zakresie sztuki muzycznej oraz Policealnego Zawodowego Studium Piosenkarskiego w Poznaniu. Jako muzyk wokalista i instrumentalista od 1994 roku współpracował z następującymi zespołami i artystami: Nadmiar, Tomek Kamiński, Viola Brzezińska i New Day, Tortilla oraz Zwierze, a obecnie śpiewa na harmonijce ustnej w zespole Open Blues. Regularnie nagrywa i koncertuje. Zagrał ponad 900 koncertów w kraju i za granicą oraz nagrał 8 płyt. Jako nauczyciel muzyki od 10 lat pracuje w toruńskich szkołach podstawowych i gimnazjach. Oprócz zwykłych lekcji muzyki prowadzi zajęcia chóralne oraz piosenkarskie. Jego podopieczni ponad czterdziestokrotnie zostawali laureatami miejskich i wojewódzkich konkursów piosenki. Prowadzi naukę śpiewu oraz gry na instrumentach: fortepian, keyboard, harmonijka ustna, akordeon dla osób początkujących oraz średnio zaawansowanych.

Michał Kielak – polski muzyk bluesowy, grających na harmonijce ustnej. Producent muzyczny. Instrumentem tym zainteresował się w wieku 15 lat, rok później 1993 doskonalił umiejętności na warsztatach bluesowych w Zakrzewie. W 1995 roku nawiązał kilkuletnią współpracę z bydgoską grupą Green Grass, czego efektem były wydawnictwa Tańcz z nami (2001) i One Man Band (2004). W 2002 roku znalazł się w szeregach inowrocławskiego zespołu Szulerzy, z którym nagrał płyty Bez Ciebie (2003) i Pilnuj się! (2005), a także uczestniczył w fonograficznym projekcie Jaromi & Szulerzy Gra w piki daje wyniki (2004,reedycja 2009).W duecie z Jarosławem „Jaromim” Drażewskim (Blues Flowers) firmował album Rozum Cielęcy (2003).W 2003 roku wraz z gitarzystą Jarosławem Tioskowem i muzykami grupy Szulerzy złożył muzyczny hołd swemu harmonijkowemu mentorowi – Ryszardowi „Skibie” Skibińskiemu, soliście grupy Kasy Chorych, nagrywając w 20. rocznicę jego śmierci płytę Michał Cielak Kielak – Tribute to Ryszard Skiba Skibiński. Dobrze przyjęty album przypieczętował akces do zespołu Kasa Chorych, którego, po latach okazjonalnej współpracy, stał się pełnoprawnym członkiem.

Obecnie poza macierzystą grupą regularnie występuje w projektach: Kulisz & Kielak, Roman Puchowski & Michał Kielak, Riedel & Kielak. Oraz gościnnie m.in z grupami Cree i Krzak. Pięciokrotny zwycięzca plebiscytu „Blues Top” pisma Twój Blues, w kategorii „Harmonijka ustna”

Łukasz Wiśniewski to harmonijkarz od wielu lat uznawany za jednego z najlepszych w kraju, jak również znakomity wokalista. „Wiśnia” to także doświadczony nauczyciel gry na harmonijce ustnej oraz muzyk sesyjny. Frontman zespołów Kraków Street Band, Hard Times oraz członek harmonijkowej super-grupy Harpcore. W corocznej ankiecie kwartalnika Twój Blues Łukasz Wiśniewski został uznany za najlepszego harmonijkarza roku 2011

Mike Greene urodził się w Brooklyn N.Y. Dorastał słuchając blues'a, gospel i r&b w harlemskiej rozgłośni radiowej WWRL. Uczył się grać na gitarze grając w kilku zespołach do początku lat 70-tych ,kiedy to opuścił USA by uniknąć służby wojskowej. Odbycie jej było wtedy równoznaczne z wysłaniem na wojnę z Wietnamem. Wyemigrował do Europy. Jego pierwszym zespołem we Francji był "Dirty Grits", lecz bardziej znaną grupą dla polskiej publiczności była formacja "Bulldog Gravy", z którą grał w Europie w latach 2004-2007. W 2005 roku Bulldog Gravy koncertowało w Polsce, miedzy innymi na festiwalach takich jak: "Torun Blues Meeting" i "Jesień z Bluesem". Poza tym Mike grał w Holandii, Belgii, Luksemburgu, Niemczech, Anglii, Szwajcarii, Turcji. Mike jest autorem, kompozytorem, wokalistą, gra na gitarze, mandolinie, banjo oraz akordeonie. W Polsce współpracował również z Leszkiem Cichońskim i Łukaszem Wiśniewskim. Teraz dzieli scenę z Polakiem mieszkającym od lat we Francji, Tomkiem Dziano (ex "Street Blues"), z którym spotkali się na scenie akompaniując wnuczkowi Roberta Johnsona z okazji setnej rocznicy jego urodzin . W 2012 roku założyli zespol "Immigrants", z którym koncertują po wielu europejskich festiwalach jak na przykład: "Blues to Bop" w Lugano(Szwajcaria), Mont Dore Volkanic Blues Festival (Francja),Jazz a Vaulx(Francja)……

Tomek Dziano ur. w Łodzi, gitarzysta, wokalista, autor i kompozytor. Milosnik blues'a i soul. Pierwszą jego znaną formacją był duet akustyczny Sapieja-Dziano, który zmienił się w "Street Blues"(uczestniczył we wszystkich chyba festiwalach bluesowych drugiej polowy lat 80tych, dwukrotny laureat Rawy Blues"). W 1988 zespól wyjechał do Berlina-zachodniego(wówczas), gdzie często grywał w znanym berlińskim klubie "Blues Café" i wielu innych klubach oraz oczywiście na ulicach! Po zburzeniu berlinskiego muru grupa wyjechała do Holandii, a następnie, w 1990 roku, do Francji, gdzie została na stale zmieniając skład i brzmienie zespołu. Pod tą nazwą dzialali do 2000 roku (wydając płyty: Driving Licence-1996 i "Prodigal son"2000). W tym tez czasie Tomek rozpoczął karierę solowa miedzy innymi jako:"Tomek Dziano trio", "Tribute to John Lee Hooker" itp. W 2012 roku wraz z Mike Greene,Stephane Ranaldi i Alain Michel stworzyli grupe "Immigrants", z którą jeżdżą po festiwalach w: Belgii, Niemczech, Francji, Wloszech i Szwajcarii(blues to bop itd …).

20-go kwietnia ukaże się album Piotra Woźniaka - Tata Adama. Zaprasza MJM Music

20 kwietnia ukaże się album Piotra Woźniaka Tata Adama.Na albumie znalazło się jedenaście piosenek - emocjonalnych i osobistych opowieści, oprawionych vintage'owym, akustycznym brzmieniem. Opowieści o potrzebie wsparcia, wybawienia z samotności, ale także o wpływie kota na rzeczywistość i o tym, jak powinny być pisane piosenki o miłości. Od tejpłyty trudno się oderwać. Jedno przesłuchanie na pewno nie wystarczy. Piotr Woźniak uwodzi słuchacza tworzonym nastrojem, oryginalnym głosem i wysmakowanym brzmieniem. Gitara elektryczna współistnieje tu z liryczną wiolonczelą. Single pochodzące z płyty to: „A i E”, „Napisz mi o miłości” oraz „Companero”.


Piotr, to artysta osobny, kontemplujący spotkanie dwojga, potrzebę zgody z samym sobą i zapatrzenie w świat. Przede wszystkim jednak to artysta liryczny, wrażliwy i skupiony interpretator swoich, ale także "pożyczonych na zawsze" słów i melodii. Od kilkunastu lat widywany jest tu i tam. A to w konkursach ważnych przeglądów piosenki poetyckiej i studenckiej (SFP w Krakowie, "Recital" w Siedlcach, „Łykend” we Wrocławiu), a to w TV (plebiscyt „Muzyczna Jedynka”, koncert „Debiuty” w Opolu), najczęściej jednak na koncertach w całym kraju (tych solowych, tych w ramach rodzinnego przedsięwzięcia Tadeusza Woźniaka i – do niedawna - tria Woźniak-Lewandowski-Zychowicz). W 2010 roku ukazał się jego pierwszy i dawno oczekiwany album Dom na dachu. Na płycie znalazło się dwanaście nastrojowych, czasem onirycznych kompozycji. Staranne, przemyślane aranżacje łączą różne, czasem odległe brzmieniowo światy (kwartet smyczkowy, syntezatory, instrumenty perkusyjne) w intrygującą całość. Subtelna interpretacja i charyzmatyczny głos Artysty podkreślają emocjonalny wyraz tekstów. W 2012 roku ukazał się podwójny (CD + DVD), koncertowy album Jak ze źródła stanowiący hołd złożony twórcom i wykonawcom polskich piosenek z początku lat 70-tych.

Złota 50-ka Polisz Czart!. (UWAGA!!! Klikasz w tytuł i oglądasz teledysk!!!)



Trzy lata z audycją Polisz Czart 
wybieramy przebój przebojów!
Zasady głosowania:

Głos jest tylko wtedy ważny, gdy na adres: slawek.orwat@wp.pl przyślecie maila zawierającego następujące informacje:

1. Imię, Nazwisko i miejscowość głosującego oraz 5 obowiązkowych, ponumerowanych od 1 do 5 przebojów (od najbardziej ulubionego rozpoczynając) z poniższej alfabetycznie ułożonej listy. Każdy uczestnik może zagłosować tylko jeden raz w ciągu trwającej dziesięć tygodni zabawy i każdy oddaje głos tylko ze swojego adresu mailowego. Termin plebiscytu upływa 31-go maja 2015.

2. Podczas głosowania na prośbę startującego w zabawie solisty lub przedstawiciela zespołu (manager, muzyk) może zostać podana informacja o aktualnie zajmowanej pozycji. Nie podajemy pozycji innych wykonawców oraz ilości punktów straty lub przewagi. Na 7 dni przed terminem zakończenia głosowania - czyli od dnia 24 maja - następuje "cisza wyborcza", podczas której głosowanie trwa nadal, ale informacje o zajmowanej aktualnie pozycji aż do 31-go maja (terminu zakończenia głosowania) nie będą już wykonawcom podawane. Ostateczne wyniki zostaną podane na żywo podczas radiowej emisji TOP20 (taki jest plan optymistyczny ;)

3. Zasady na jakich zostały wybrane utwory do gorącej pięćdziesiątki:

a.) W pierwszym rzędzie do poniższego zestawienia zakwalifikowani zostali wszyscy ci artyści, których piosenki znalazły się na pozycjach od 1 do 20 ROCZNYCH podsumowań 2012, 2013 i 2014 za wyjątkiem tych, którzy w przeszłości wyrazili rezygnację z kandydowania do przyszłych plebiscytów organizowanych pod szyldem Polisz Czart.

b.) Wykonawcy, którzy wprowadzili do rocznych podsumowań więcej niż jedną piosenkę, w poniższym zestawieniu reprezentowani są tylko przez jedną z nich.

c.) Zestaw, jaki powstał wg powyższego klucza składa się z 42 wykonawców - laureatów ROCZNYCH TOP20. Złota 50-ka powstała poprzez jego uzupełnienie ośmioma wykonawcami, których przedstawiciele przez trzy lata istnienia audycji Polisz Czart stanowili grupę najwierniejszych słuchaczy i jednocześnie ich utwory pojawiały się w miesięcznych TOP20. Zgodnie z tą zasadą, do grona 42 wykonawców - laureatów, dołączyli: Curcuma, Eliza M. & Doktor, Ga-Ga Zielone Żabki, Gabinet Looster, Reszta Pokolenia, Scott Jay & The Musicland , Smoking Hot oraz grupa Tune.

4. Wszystkich wykonawców - także tych, którzy nie zakwalifikowali się do poniższego zestawienia, pragnę poinformować, że moja radiowa przygoda nie dobiegła końca, a jedynie została na czas nieokreślony zawieszona. Polisz Czart to dzieło wielu ludzi - prowadzących, muzyków a przede wszystkim słuchaczy. Zapewniam, że w radiowym eterze spotkamy się jeszcze niejeden raz, a o terminie reaktywacji programu poinformuję Was, jak tylko taka możliwość się nadarzy. Dziękuję za trzy lata wspólnej zabawy, a do czasu pojawienia się mojego kolejnego radiowego wcielenia, zapraszam do głosowania podsumowującego nasze 3 wspólne lata oraz do lektury Muzycznej Podróży.

Dla tych Czytelników Muzycznej Podróży, którzy dołączyli już po zawieszeniu nadawania programu Polisz Czart, załączam link, który przybliży historię jego istnienia. Artykuł ten pochodzi z listopada ubiegłego roku, powstał miesiąc przed zawieszeniem audycji i został opublikowany w londyńskim miesięczniku Nowy Czas: http://slawek-orwat.blogspot.co.uk/2014/11/polisz-czart-polska-audycja-muzyczna-w.html


Po kliknięciu na każdy poniżej zamieszczony tytuł, można  wysłuchać go w Internecie.


Agressiva 69Tak długo czekam (Ciało)
Aleks GalaKeep Yout Distance
Beauty For AshesDeepest Blue
BęsiuAntidotum
CurcumaByło
Dell ArteWesele
Duży PtakIskra
Eliza M. & DoktorInsanity
EmoticaseStand Strong
ErgoDawka dzienna
Error24Saport
FrűhstűckAngel
Ga-Ga Zielone Żabki Jestem Królikiem Niedoświadczalnym
Gabinet LoosterTrzeci
GoodWayMarzenia
Half LightBitter Paris
HellessGMOrderca
HighlandersWspomnienie
Human ControlBuried
Kaluzny Blues BandJesus is Alive
KatedraKim Jesteś?
Kingdom WavesMistrust
Kompleks Małego MiasteczkaMoja
KorpusBal żebraków
Less PaulSomething
Lite MotivI'm sorry
LustroSprzedawcy snów
LuxtorpedaMambalaga
LynchpynCan You Speak Now
MetasomaMirror Of Life
MGMŚwiat (wyrwać się)
Mick ChwedziakSen
Open BluesPięć złotych
PastuchMosty miłości
Reszta PokoleniaOd rana
Robert "Furi" Furman Desquamo
RockodylAle wkoło jest wesoło
Scott Jay & The MusiclandLand Of The Pharohs
Seek Me OutCh.a.d.
Smoking HotEmigracja
The Bad Sleep WellCzowiek zero
The CoxTrudne pytania
Tottus TuussCallin' Layla 
Transprent Human CreaturesAmnesia
TuneConfused
VinylSamotny
VolumeyesTick Tock
Yugopolis i Maciej MaleńczukOstatnia nocka
Zdrowa WodaSłodkich snów kobieto
ZgiełkSpotkamy się