poniedziałek, 20 października 2014

Chris Bazan - marzenia się spełniają

Urodziłem się latem 1972 roku w Rzeszowie jako trzecie dziecko państwa Bazanów. Niewiele pamiętam z czasów mojego wczesnego dzieciństwa, ale jedno z wydarzeń utkwiło w mojej pamięci do dnia dzisiejszego. Pamiętam mojego sąsiada, który czasem siadając na starym pniu drzewa, na skraju lasu grał wspaniałe, rzewne melodie na swoich starych skrzypcach. Każda nutka przeszywała wtedy moje małe, dziecięce ciało i godziła prosto w serce. Czułem się wtedy dosłownie jak Janko muzykant, który miał tylko jedno, jedyne marzenie... Nie miałem wtedy skrzypiec, więc swoje pierwsze dźwięki próbowałem wydobyć ze starego polskiego akordeonu mojego ojca. 
 
Te niezbyt udane początki trwały do momentu, kiedy pewnego zimowego wieczora tato przyniósł mi mały zielony akordeonik, który kupił (jak niedawno mi powiedział)u Cyganów. Miałem wtedy około 3 lat. Moim pierwszym i jedynym nauczycielem muzyki był mój tato, który zaczął moją edukację muzyczną od piosenek ludowych, które oczywiście sam lubił. Dni upływały, lata przemijały, a moje zamiłowanie do muzyki rosło razem ze mną. 

Im częściej dawałem rodzicom do zrozumienia czym jest dla mnie muzyka, tym częściej słyszałem stałą i jednoznaczną odpowiedź: "...z muzyki nie będzie chleba...". Chcieli żebym w przyszłości miał zwykłą pracę i żył jak większość ludzi. Wiem, że chcieli dla mnie jak najlepiej. Tak więc dla świętego spokoju zacząłem grać po kryjomu w małym pokoiku na poddaszu. Nie należeliśmy do zamożnych ludzi. Tato pracował bardzo ciężko, żeby utrzymać naszą pięcioosobową rodzinę. Mama zajmowała się gospodarstwem rolnym. Mimo to mając 14 lat ośmieliłem się poprosić rodziców o keyboard.


Odpowiedź była krótka: " jak sobie zarobisz, to sobie kupisz". Po tym krótkim ale treściwym dialogu wszystkie moje emocje opadły, a moje marzenia musiałem zakopać głęboko w moim sercu...! Nauka w szkole podstawowej dobiegała końca i nadszedł czas na dokonanie wyboru. Jeśli nie muzyka... to co? W efekcie finalnym moich przemyśleń wylądowałem w przyzakładowej szkole zawodowej jako przyszły elektromechanik.

Po ukończeniu tej szkoły miałem się stać fachowcem od lodówek, pralek, odkurzaczy i wszelkich instalacji elektrycznych. Nie mogłem się z tym pogodzić. Każdego dnia idąc do tej szkoły widziałem w moich myślach potężny tłum ludzi, wielką scenę, koncerty, sesje nagraniowe, a za godzinę musiałem się skupić nad zasadą działania kondensatora pojemnościowego, czy rezystancją.

Żeby nie zwariować na tych lekcjach, musiałem się czymś zająć. Zacząłem wtedy pisać teksty do piosenek, układać wstępną aranżację, linię melodyczną itp. Trwało to jeszcze przez trzy lata. W końcu nie wytrzymałem. W wieku 18 lat rzuciłem szkołę. Postanowiłem, że bez względu na wszystko będę grał i śpiewał. Nie miałem wtedy zielonego pojęcia od czego zacząć. Nie miałem pieniędzy, pracy, nawet własnego keyboardu, o którym tak bardzo marzyłem, dosłownie nic oprócz wielkich chęci do grania i śpiewania oraz moich marzeń związanych z muzyką. Zacząłem więc szukać pracy. Na początku znalazłem zatrudnienie jako tapicer. Pracowałem 12 -18 godz. dziennie sześć dni w tygodniu, a nocami, zmęczony i śpiący próbowałem grać na swoim pierwszym keyboardzie (kupionym po jakimś czasie za własne pieniądze).

Oszczędzałem wtedy na wszelkie możliwe sposoby, nawet na jedzeniu żeby przyspieszyć realizację swoich planów, co w końcu skończyło się problemami zdrowotnymi. To był najbardziej desperacki okres w moim życiu. Rok później dostałem bilet do wojska, a niedługo potem przydział do orkiestry wojskowej, w której spędziłem resztę miesięcy mojego koszarowania. Po zakończeniu służby wróciłem do Rzeszowa, gdzie czekała
już na mnie praca w sklepie muzycznym MUSIC STATION.  Trzy lata spędzone w tej firmie na stanowisku sprzedawcy - prezentera pozwoliły mi wypłynąć z głębi marzeń i rozpędziły moje życie do granic możliwości. Każdy dzień przynosił nowe wrażenia, doświadczenia i znajomości. Poznałem wtedy wielu ludzi z branży muzycznej, a wśród nich bardzo dobrego gitarzystę, kompozytora i lidera grupy rockowej AKRON - Rafała Rzeźnikiewicza, z którym współpracowałem później jeszcze przez cztery lata. Okres tej współpracy zaowocował nagraniem dwóch płyt: "Nad wielkim wodospadem", "Chochla", wyprodukowaniem wideoklipu do piosenki "Ty odeszłaś" oraz wielkim koncertem dla TV Kraków.

Rafał wtedy zaszczepił we mnie śpiewanie na wzór zachodnich grup rockowych takich jak: Whitesnake, Deep Purple, Led Zeppelin, Damn Yankees, Yes, Def Leppard i wiele innych. To był okres mojej największej transformacji muzycznej. Drugim zespołem, z którym nawiązałem krótką współpracę jako wokalista był "Mr. Pollack". W 2008 roku dołączylem do dwóch braci Jacka Polaka - wirtuoza gitary i Grzesia Polaka -
 
znakomitego perkusisty. Nie wiele z tego okresu zostało uwiecznione, ale mam nadzieję, że nagramy wspólnie w niedalekiej przyszłości coś czadowego! Ostatnia produkcja muzyczna, z której jestem naprawdę dumny to projekt akustyczny, a może należało by powiedzieć prawie akustyczny. Wspólnie z moim serdecznym kolegą Witoldem Paśko (gitarzysta oraz współzałożyciel zespołu Pectus) nagraliśmy płytę z coverami rockowymi pod wiele znaczącym tytułem "Prawie Akustycznie".



Na krążku wydanym w maju bieżącego roku znalazło sie 11 przepięknych utworów noszących znamiona hitu, takich sław jak Deep Purple, Damn Yankees, Kiss, Bryan Adams, Czesław Niemen i wielu innych światowych wykonawców. Podczas tej muzycznej tułaczki pojawiły się na mojej drodze oczywiście różne konkursy i festiwale. Jednym z ważniejszych był program stacji TVN "Droga do Gwiazd". W marcu 2001 roku w jednym z rzeszowskich domów kultury odbyły się przesłuchania do programu muzycznego DROGA DO GWIAZD. Postanowiłem spróbować swoich sił i zgłosiłem się na casting. W efekcie po dwóch miesiącach zostałem zaproszony do wzięcia udziału w programie. Przyszły pierwsze próby w warszawskim studio,  pierwsze przymiarki,

następnie nagranie w Krakowie. Zaśpiewałem wtedy piękną piosenkę Lionela Richie - "Hello", za którą jury przyznało mi pierwsze miejsce w ostatnim szesnastym odcinku pierwszej edycji "Drogi do Gwiazd". Po wspaniałej przygodzie w TVN moje życie wróciło do normy. Oprócz wspomnień przywiozłem do Rzeszowa wielką wiarę w to, co robię i pewność siebie, której wcześniej mi brakowało. Wtedy zrozumiałem, że nie można czekać bezczynnie. Trzeba pracować cały czas nad swoim warsztatem muzycznym, by być gotowym w każdej chwili. Nikt z nas nie zna czasu kiedy mogą sie pojawić ludzie, którzy pomogą zmienić nasze marzenia w rzeczywistość. Na następną szansę przyszło mi czekać jedenaście lat. Wiosną 2012 roku portal internetowy iSing.pl ogłosił konkurs pod nazwą "Internetowy Debiut Opole 2012". Z pośród ośmiu piosenek wybrałem i zaśpiewałem "Noc komety" z repertuaru Budki Suflera. Jury w składzie: Artur Orzech i Ryszard Poznakowski spośród 1700 nadesłanych nagrań wybrało jednogłośnie moją wersję coveru "Noc komety" jako najlepsze nadesłane nagranie.


1 czerwca 2012 roku na Festiwalu w Opolu odebrałem zwycięską statuetkę jako "Debiut Internetowy Opole 2012" i nagrodę pieniężną w wysokości tysiąca euro. Cała ta moja droga - jak sami widzicie - nie była usłana różami, a wiadomo, że żeglować bez wiatru jest niezwykle trudno. Jednak przez cały ten czas gromadziłem wiedzę, doskonaliłem swoje umiejętności i kompletowałem swoje studio nagrań, a wszystko po to, aby być niezależnym muzycznie i realizować swoje najskrytsze marzenia. Mieszkając na wsi już jako dziecko musiałem pracować.

Nauczyłem się tego, że żadna praca nie hańbi, lecz z drugiej strony nigdy nie wolno zapominać o tym, co kocha się robić i kim chce się być. Poprzez wyrzeczenia, ciężką pracę, trud życia, poprzez moje pasje, uczucia i przeżycia stałem się tym kim jestem, bo pewnego dnia ośmieliłem się marzyć.

sobota, 18 października 2014

Dezerter dryfuje we wszystkich kierunkach. Z muzykami rozmawia Sławek Orwat

- Czy powołując do życia w roku 1981 zespół SS-20 w najczarniejszych wizjach braliście pod uwagę, że 33 lata później upiorne widmo użycia tej ohydnej machiny może być bardziej realne niż w okresie "zimnej wojny"?

Krzysztof: Trudne pytanie, bo dość abstrakcyjne. Myślę, że dziś są lepsze pociski niż SS-20. Ale nie sądzę też, że jest ciśnienie, żeby je użyć w najbliższym czasie.

"Robal": Wtedy przyjęcie takiej nazwy traktowaliśmy jako prowokację - ujawnienie faktu że taka broń - radzieckie rakietowe pociski jądrowe - w ogóle istnieje.

fot. Karol Michalak
Wówczas w naszym kraju był zakaz otwartego mówienia o tym. Faktem jest, że obecna sytuacja na Ukrainie i jej oddźwięk międzynarodowy zaczyna powoli przypominać czasy zimnej wojny, robi się dziwnie i niebezpiecznie.

- Dezerter pojawił się na filmie „Jarocin '82” Pawła Karpińskiego. Do Jarocina jechaliście jako SS-20. Co spowodowało zmianę nazwy zespołu?

Krzysztof: To znana historia i wszyscy, którzy śledzą losy zespołu ją znają. Przypomnę krótko: musieliśmy zmienić nazwę we wrześniu 1981 r., ponieważ nikt nie chciał organizować nam koncertów, tłumacząc się, że podobno mamy zakaz występów.


fot. Adam Pająk Patejus
"Robal": Uznaliśmy, że lepiej jest pójść na kompromis i zmienić nazwę na jakąś podobnie prowokacyjną niż dać się powstrzymać przed dalszą działalnością.

- "Która droga słuszna według prawa i porządku? Kto prowadzi mnie do szczęścia i zaszczytnych obowiązków? Spytaj milicjanta - on ci prawdę powie..." czy może: "Nie myślę tak jak wy, jestem inny niż wy. Nic mnie nie obchodzą wasze myśli i sny. 

fot. Karol Michalak
Szara rzeczywistość, wasza rzeczywistość Nie obchodzi mnie, odczepcie się!"? Maszerowaliście Ku przyszłości z cenzurą na karku, która niczym SS-20 unicestwiała legalnie wydanego przez was w 1983 roku singla. Dostaliście przynajmniej jakiś dokument mówiący za jakie treści tak pokutujecie, czy tak po prostu, bez zbędnych procedur wasza twórczość została skazana ma zmielenie? 


fot. Cezary Filipiuk
Krzysztof: Sytuacja do dziś jest niejasna. Po wydaniu pierwszego nakładu singla (ok. 35 tys. egz.) pojawiła się potrzeba dodruku, ponieważ płyta sprzedawała się błyskawicznie. Niestety dodruk nigdy nie miał miejsca. Jest kilka wersji tej sprawy. Jedna to ta, że kazano zmielić następny nakład oraz, że nie wydano zgody na dostawę plastiku do tłuczni... ale nikt nie chce się przyznać, jak było na prawdę...

 
"Robal": Oczywiście nikt nam nic oficjalnie nie przekazał, dla ówczesnego aparatu władzy nie byliśmy partnerami tylko wrogami systemu. Formalnie podpisaliśmy zgodę na wydanie płyty prze "Tonpress" bez żadnych możliwości decydowania o wydawnictwie.

- Mimo tej całej politycznej zadymy (a może właśnie dzięki niej) "Spytaj Milicjanta" został rok później doceniony przez nowojorską wytwórnię Reach Out International Records i pojawił się na kasecie World Class Punk. Znaleźliście się tam obok tak znanych bandów jak brazylijski Ratos de Porão, holenderski Balthasar Gerards Kommando czy włoski Cheetah Chrome Motherfuckers. Jak przyjęli ten fakt ci, którzy programowo niszczyli wasz krążek i jakie znaczenie miał ten sukces dla was? 

Krzysztof: Nie mam pojęcia co na to cenzura, czy władze PRL... chyba nic nie wiedziały, hehe.  Dla nas to było dość ważne, bo znalezienie uznania w Stanach, to było coś!

"Robal": To było wydawnictwo małej niezależnej firmy chcącej pokazać jak muzyka punkowa rozlewa się na cały świat. Kaseta nie była dystrybuowana w Polsce, więc nie stanowiła dla władz zagrożenia politycznego i nie wymagała oficjalnego oddźwięku.

- Trzeba przyznać, że do Pawła Karpińskiego mieliście szczęście. Jeszcze w tym samym roku Dezerter pojawił się w filmie "To tylko Rock" z

kawałkiem "T.V. Show", który jako "One Big Gang" znalazł się 4 lata później na wydanej przez eMpTy Records składance Tour De Farce #2 tape obok takich kapel jak Subhumans i The Stupids z UK, brazylijski Vírus 27, duński War Of Destruction i grecki Adiexodo. Czy nie przesadzę, jeśli powiem, że po tak ważnych dwóch wydawnictwach dołączyliście do światowej czołówki punkrockowej?

Krzysztof: Nie znam tego wydawnictwa! Zresztą o kilku innych też dowiedzieliśmy się wiele lat po fakcie...

"Robal": Dla mnie to też nowość. Faktem jest, że nasz zespól został zauważony za granicą. i tego typu wydawnictwa to potwierdzają. Wynika to chyba z tego, że nasza muzyka była autentyczna i było to trochę inne granie niż punk angielski czy amerykański. Poza tym byliśmy jednym z nielicznych polskich zespołów punkowych, którym w tamtych czasach udało się profesjonalnie nagrać i wydać naszą muzykę. Płyty wędrowały na Zachód dzięki prywatnym kontaktom i nagrania pojawiały się na składankach.


fot. Robert Ochnio
- Jak po 31 latach odbieracie siebie w "Filmie o pankach" Mariusza Trelińskiego?

Krzysztof: W tamtych czasach goniliśmy ze sceny ludzi z kamerami, bo albo byli to ludzie z SB, albo reżimowe media... Dlatego jest tak mało dokumentacji filmowej z lat 80. Mariusz był naszym kumplem, więc dostał zgodę na filmowanie. Dzięki temu jest jakiś mały zapis historii.

Maximum Rock'n'roll nr 20 z grudnia 1984


fot. Maciej Safaryn
"Robal": Dzięki temu filmowi możemy zdać sobie sprawę jak zwariowane były wtedy czasy i jak radykalna była nasza reakcja na rzeczywistość PRL-u.

- O co poszło równo 30 lat temu w Jarocinie. Podobno zaistniały jakieś "zgrzyty" pomiędzy zespołem Dezerter a organizatorami?

Krzysztof: To też powszechnie znana sprawa. Organizatorzy nie chcieli zgodzić się na polanie terenu wodą.

I doszło do zadymy z naszym udziałem jako prowokatorzy.

"Robal": Podłożem konfliktu było to co widzieliśmy na kolejnych edycjach festiwalu - traktowanie publiczności jak bydło, agresja służb porządkowych. Wszystko to wylało się na koncercie gdzie niezadowolona publiczność stanęła po stronie zespołu przeciwko organizatorom. Zrobiło się nieprzyjemnie, ale udało się zażegnać konflikt i zagrać koncert, który po tych zajściach nie był już zwykłym koncertem tylko wydarzeniem które wszystkim uczestnikom zapadło w pamięci na zawsze.


- Wasz debiutancki album Underground Out of Poland, który ukazał się w roku 1987 w Stanach Zjednoczonych jest owiany legendą. Zamieszany był w jego powstanie ponoć sam Joey "Shithead" Keithley z kanadyjskiej D.O.A., która notabene w roku ubiegłym wystąpiła w Polsce. Mieliście może okazję spotkać się i powspominać stare czasy? Podobno umawialiście się wtedy na nieco inny tytuł tego krążka?

Krzysztof: Zagraliśmy z DOA koncert we Wrocławiu. Bardzo udany to był wieczór. Sprawa tytułu została już wyjaśniona wiele lat wcześniej, przy okazji spotkania w Amsterdamie w roku 90.

"Robal": Dzięki spotkaniu z Joe w Warszawie w 1986 r. przy okazji koncertu DOA niemożliwe stało się możliwe - polski zespół punkowy po siedmiu latach działalności wydał swój pierwszy album w U.S.A. Ten fakt był dla nas ważniejszy niż to że tytuł został zmieniony czy to, że nasz projekt okładki dotarł do wydawcy zniszczony i zaprojektowano inną okładkę, bardziej czytelną dla amerykańskiego odbiorcy.

- PRL-owska cenzura szczególnie was "kochała" (śmiech). Krążki nagrane w roku 1986 i 1988 miały nosić tytuły Kolaboracja i Kolaboracja II. 


fot. Robert Ochnio
Pod naciskiem władzy ukazały się jednak pod nazwą Dezerter. Na dodatek część tekstów z Kolaboracji została na krążku wygłuszona. Czy wasze problemy z cenzurą można trochę porównać ze współczesnym hejtowaniem, które wbrew zamiarom hejtera przyczynia się paradoksalnie do wzrostu popularności obiektu ataku? W moim przekonaniu władza ludowa poprzez ingerencję w waszą twórczość niechcący budowała waszą legendę. Zgodzicie się z tą opinią? 

 

Krzysztof: To zupełnie inne sprawy. Hejtowanie jest zajęciem znudzonych internautów, a cenzura była państwową ingerencją w wolność słowa. Hejtowanie jest przykładem korzystania z wolności słowa, cenzura była przykładem prześladowania społeczeństwa. Wolałbym, żeby władza ludowa nie budowała naszej legendy, tylko się od nas odpierdoliła.

"Robal": Nasze problemy z cenzurą staraliśmy się rozwiązywać podobnie jak przy zmianie nazwy - jeśli musimy iść na kompromis, niech to będzie dla nich kompromis bolesny.

fot. Monika S. Jakubowska
I tak gdy okazało się że pewne słowa z tekstu nie mogą być nagrane, to zamiast zmieniać tekst postanowiliśmy ujawnić ingerencję cenzury - czyli zagłuszyć te fragmenty charakterystycznym dla cenzury sygnałem. Była to w tamtych czasach sensacja, bo żaden artysta wówczas tak nie robił.

- Jak wspominacie współpracę z Kasią Nosowską i co ta zasłużona wokalistka wniosła do waszego brzmienia?


Krzysztof: To bardzo miły okres w dziejach zespołu. Powtarzał się kilkakrotnie. Zawsze z wielką przyjemnością.

"Robal": Za każdym razem było to spontaniczne działanie. Dzięki temu w nagraniach i na wspólnych koncertach jest czad.

- Podobno po płycie "Mam kły, mam pazury" jeden z recenzentów nazwał was zespołem ultrakonserwatywnym. W którym momencie zespól staje się ultra konserwą według innych? Znacie jakieś przykłady ze świata punkowej sceny, które wy nazwalibyście ultrakonserwatywnymi, bo nie sądzę, że się za takich uważacie?


Krzysztof: Nie znam tej recenzji i nie wiem, co autor miał na myśli.

"Robal": Trzeba byłoby spytać recenzenta. Może w czasie pisania recenzji bolały go zęby albo w poczuciu niedowartościowania za wszelką cenę chciał napisać coś kontrowersyjnego? Możliwe, że po płycie "Blasfemia" spodziewał się jeszcze bardziej rozwiniętych i progresywnych kompozycji.

- "Ludzie z nienawiścią szykują się na siebie. Najgłupsi wymyślą za co dzisiaj trzeba bić. Biją już pięści, kopią już buty. Wściekłe stado poczuło zapach krwi". Ten całkowicie ocenzurowany w schyłkowym okresie PRL-u tekst jest dziś chyba bardziej aktualny niż kiedykolwiek. Jak to się stało, że po dziesięcioleciach istnienia pacyfizmu i wzrastającej świadomości zagrożeń ludzkość po raz kolejny wykreowała chore jednostki żądne zmiany granic, jawnie kpiące z kart praw człowieka i z umów międzynarodowych? 


fot. Karol Michalak
Krzysztof: Być może to prawdziwa ludzka natura daje o sobie znać?

"Robal": Myślę że nikt nie zna odpowiedzi na to pytanie, ale chyba główną przyczyną jest fakt, że świat chce traktować Rosję jako kraj demokratyczny zapominając o jego imperialistycznych mocarstwowych ambicjach.

Jacek: To temat rzeka. Demokrację wymyślili w starożytnej Grecji a do dzisiaj totalitaryzm cieszy się ogromnym powodzeniem. Niestety są ludzie którzy niewiele sobie robią z pacyfizmu gdy mają gaz, kilka czołgów, kompleksy i determinację w dążeniu do bycia wielkim mocarstwem.
 

fot. Andrzej Talewicz
- Co ostatnio w Polsce przykuło waszą uwagę? Pojawił się może jakiś nowy Dezerter na rynku muzycznym w Polsce?

Krzysztof: Jest sporo fajnych kapel, ale nie znam żadnej nowej, złożonej przez młodych ludzi...

"Robal": Trochę się dzieje, zespoły pojawiają się i znikają, nowego Dezertera nie zauważyłem.

Jacek: Ja znam parę, ale raczej nie grają ostro.

fot. Andrzej Talewicz
- Jak się mają sceny punkowe w innych krajach? Śledzicie poczynania starych załogantów? Poznajecie młodych? Jak postrzegacie pokoleniową zmianę warty w punk rocku. Czy waszym zdaniem nowi dają radę i w jaki sposób odnoszą się do generacji pionierów?

"Robal": Mam wrażenie że całe to zjawisko żyje, choć uległo rozproszeniu i zróżnicowaniu.

Dezerter w Londynie

Gdy odwiedzamy festiwal typu Puntala w Finlandii widać że energia kipi. W Polsce też się sporo dzieje. Powstają i rozwijają się takie festiwale jak Rock na Bagnie czy Cieszanów. Jest sporo młodych kapel które działają w niszach i trudno im sie przebić do szerszej publiczności. Tak więc sporo się dzieje, choć osobiście nic mnie nie powala na kolana. Rzadko zdarza się słyszeć coś wyjątkowego jak Cross Stitched Eyes czy Future of the Left, ale jednak wciąż się to zdarza.

- Jacku, jako jedyny z tu obecnych masz możliwość spojrzenia na Dezertera z dwóch różnych punktów odniesienia. Do roku 2000 patrzyłeś na zespół z dystansu. Ostatnich 13 lat to już twoja osobista przygoda i świadome zmierzenie się z legendą. Jak patrzysz na te dwa całkowicie odmienne etapy swojego życia i jak oceniasz artystyczny dorobek zespołu w obu tych okresach?
fot. Karol Michalak


Jacek: Do płyty “Blasfemia” byłem fanem zespołu, więc piosenki z tego okresu traktuję bardzo emocjonalnie. Praktycznie każdy utwór niesie ze sobą jakieś wspomnienia, trochę tak jak czujesz zapach frytek i przypominają się kolonie nad morzem. Do dzisiaj grając te piosenki mam flashbecki z młodości. Dezerter z tamtego okresu był zespołem latarnią za którym próbowali nadążyć wszyscy inni grający taką muzykę. Ja również.

fot. Karol Michalak
Wiem że brzmi to trochę butnie ale tak uważam a że nie mam udziałów w tamtych piosenkach to mogę sobie na taką opinię pozwolić :) Później na kilka lat straciłem kontakt z zespołem aż do momentu podjęcia współpracy. Jeżeli chodzi o piosenki z “Naszego” okresu, to przyznam się że ciężko mi być obiektywnym, staramy sie nie stać w miejscu i cały czas poszukiwać czegoś nowego oczywiście w granicach konwencji.

Z mojego punktu widzenia zespół się rozwija i mam nadzieję że na zewnątrz też to widać. Ciężko mi oceniać coś w czym uczestniczyłem i nadal uczestniczę, chciałbym aby ten “nowy” Dezerter budził w ludziach takie emocje jak we mnie ten „stary”. 

- W jakim kierunku zmierza Dezerter i czym nas jeszcze zaskoczy?

Krzysztof: Dezerter wciąż dryfuje we wszystkich kierunkach na raz...

"Robal": Przy okazji recenzji naszej najnowszej płyty "Większy zjada mniejszego" napotkałem na określenie "krok wstecz".

Ja bym określił nasze ostatnie podejście jako "powrót do korzeni" - bezkompromisowe szukanie prostych skutecznych rozwiązań.

Jacek: 6-go października będzie można usłyszeć w jakim kierunku :)

- Na koniec proponuję szybki brytyjsko-amerykański quiz punkowy:

Sex Pistols czy The Ramones?
The Clash czy Dead Kennedys?
The Exploited czy Black Flag?

Krzysztof: Ja biorę wszystko.

"Robal": Dla mnie te wszystkie zespoły to kawałek historii punk rocka, ale przede wszystkim kawałek mojego życia, z każdym z nich wiążą się przeróżne wspomnienia i przeżycia.

Jacek: Tak się nie da, wolisz zielony czy okrągły?


Dziękuję ogromnie Jackowi Żędzianowi oraz fotografom związanym z Festiwalem Rock na Bagnie za życzliwość i pomoc w zilustrowaniu niniejszego wywiadu.

czwartek, 16 października 2014

Antoni Malewski - Subiektywna historia Rock’n’Rolla w Tomaszowie Mazowieckim. Część 11 - Prywatki

Autor z Markiem Gaszyńskim
Antoni Malewski urodził się w sierpniu 1945 roku w Tomaszowie Mazowieckim, w którym mieszka do dziś. Pochodzi z robotniczej rodziny włókniarzy. Jego mama była tkaczką, a ojciec przędzarzem i farbiarzem. W związku z ogromną fascynacją rock'n'rollem, z wielkimi kłopotami ukończył Technikum Mechaniczne i Studium Pedagogiczne. Sześć lat pracował w szkole zawodowej jako nauczyciel. Dziś jest emerytem i dobiega 70-tki. O swoim dzieciństwie i młodości opowiedział w książkach „Moje miasto w rock’n’rollowym widzie”, „A jednak Rock’n’Roll”, „Rodzina Literacka ‘62”, a ostatnio w „Subiektywnej historii Rock’n’Rolla w Tomaszowie Mazowieckim” - książce, która zajęła trzecie miejsce w V Edycji Wspomnień Miłośników Rock’n’Rolla zorganizowanych w Sopocie przez Fundację Sopockie Korzenie. Miał 12/13 lat, kiedy po raz pierwszy usłyszał termin rock’n’roll. Egzotyka tego słowa, wzbogacona negatywnymi artykułami Marka Konopki - stałego korespondenta PAP w USA jeszcze bardziej zwiększyła – jak wspomina - nimb tajemniczości stylu określanego we wszystkich mediach jako „zakazany owoc”. Starszy o 3 lata brat Antoniego na jedynym w domu radioodbiorniku Pionier słuchał nocami muzycznych audycji Radia Luxembourg, wciągając autora „Subiektywnej historii Rock’n’Rolla w Tomaszowie Mazowieckim” w ten niecny proceder, który - jak się później okazało - zaważył na całym jego życiu. Na odbywającym się w 1959 roku w tomaszowskim kinie „Mazowsze” pierwszym koncercie pierwszego w Polsce rock’n’rollowego zespołu Franciszka Walickiego Rhythm and Blues, Antoni Malewski znalazł się przypadkowo. Po roku w tym samym kinie został wyświetlony angielski film „W rytmie rock’n’rolla” i w życiu młodego Antka nic już nie było takie jak dawniej. Później przyszły inne muzyczne filmy, dzięki którym Antoni Malewski został skutecznie trafiony rock'n'rollowym pociskiem, który tkwi w jego sercu do dnia dzisiejszego. Autor „Subiektywnej historii Rock’n’Rolla w Tomaszowie Mazowieckim” wierzy głęboko, że rock’n’roll drogą ewolucyjną rozwalił w drobny pył wszystkie totalitaryzmy tego świata – rasizm, faszyzm, nazizm i komunizm. Punktem przełomowym w życiu Antoniego okazały się wakacje 1960 roku, kiedy to autor poznał Wojtka Szymona Szymańskiego, który posiadał sporą bazę amerykańskich płyt rock’n’rollowych. W jego dyskografii znajdowały się takie światowe tuzy jak Elvis Presley, Jerry Lee Lewis, Dion, Paul Anka, Brenda Lee, Frankie Avalon, Cliff Richard, Connie Francis, Wanda Jackson czy Bill Haley, a każdy pobyt w jego mieszkaniu był dla Antoniego wielką ucztą duchową. W lipcu 1962 roku obaj wybrali się autostopem na Wybrzeże. W Sopocie po drugiej stronie ulicy Bohaterów Monte Casino prowadzającej do mola, był obszerny taras, na którym w roku 1961 powstał pierwszy w Europie taneczny spęd młodzieży zwany Non Stopem, gdzie przez całe wakacje przygrywał zespół współtwórcy Non Stopu Franciszka Walickiego - Czerwono Czarni. Młodzi tomaszowianie natchnieni duchem tego miejsca zaraz po powrocie wybrali się do dyrektora ZDK Włókniarz, w którym istniała kawiarnia Literacka i opowiedzieli mu swoją sopocką przygodę. Na ich prośbę dyrektor zezwolił do końca wakacji na tańce, mimo iż oficjalne stanowisko ówczesnego I sekretarza PZPR Władysława Gomułki brzmiało: "Nie będziemy tolerować żadnej kultury zachodniej". Taneczne imprezy w Tomaszowie rozeszły się bardzo szybko echem po całej Polsce, a podróżująca autostopem młodzież zatrzymywała się, aby tego dobrodziejstwa choć przez chwilę doświadczyć. Mijały lata, aż nadszedł dzień 16 lutego 2005 roku - dzień urodzin Czesława Niemena. Tomaszowianie zorganizowali wówczas w Galerii ARKADY wieczór pamięci poświęcony temu wielkiemu artyście.

Wśród przybyłych znalazł się również Antoni Malewski. Spotkał tam wielu kolegów ze swojego pokolenia, którzy znając muzyczne zasoby Antoniego wskazali na jego osobę, mając na myśli organizację obchodów zbliżającej się 70 rocznicy urodzin Elvisa Presleya. Tak oto... rozpoczęła się "Subiektywna historia Rock’n’Rolla w Tomaszowie Mazowieckim", którą postanowiłem za zgodą jej Autora udostępniać w odcinkach Czytelnikom Muzycznej Podróży. Zanim powstała muzyka, która została nazwana rockiem, istnieli pionierzy... ludzie, dzięki którym dziś możemy słuchać kolejnych pokoleń muzycznych buntowników. Historia ta tylko pozornie dotyczy jednego miasta. "Subiektywna historia Rock’n’Rolla..." to zapis historii pokolenia, które podarowało nam kiedyś muzyczną wolność, a dokonało tego wyczynu w czasach, w których rozpowszechnianie kultury zachodniej jakże często było karane równie surowo, jak opozycyjna działalność polityczna. Oddaję Wam do rąk dokument czasów, które rozpoczęły wielką rewolucję w muzyce i która – jestem o tym głęboko przekonany – nigdy się nie zakończyła, a jedynie miała swoje lepsze i gorsze chwile. Zbliżamy się – czego jestem również pewien – do kolejnego muzycznego przełomu. Nie przegapmy go. Może o tym, co my zrobimy w chwili obecnej, ktoś za 50 lat napisze na łamach zupełnie innej Muzycznej Podróży.

Bogato ilustrowane osobiste refleksje Antoniego Malewskiego na temat swojej życiowej drogi można przeczytać tutaj Cześć 1 "Subiektywnej historii Rock’n’Rolla w Tomaszowie Mazowieckim" można przeczytać tutaj. Część 2 tutaj  Część 3 tutaj  Część 4 tutaj  Część 5 tutaj  Część 6 tutaj Część 7 tutaj  Część 8 tutaj 
Część 9 tutaj 
Część 10 tutaj



Najpiękniejszy okres mojej młodości, całego mojego pokolenia, któremu najwspanialszy okres życia przypadał na początek dekady lat sześćdziesiątych XX wieku, były niezapomniane spotkania przy muzyce, nas młodych, w prywatnych domach, mieszkaniach, popularnie nazwanych - prywatkami. By nie nadużywać zbędnych przymiotników dla zobrazowania tej umierającej, w skali lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku „instytucji”, pozwolę zacytować sobie wielki przebój Wojtka Gąssowskiego o tym retrospektywnie, podniecającym tekście;

Gdzie się podziały tamte prywatki niezapomniane/ Elvis, Sedaka, Speedy Gonzales albo Diana/ pod paltem wino a w ręku kwiaty/ wieczór, bambino i Ty/ same przeboje Czerwonych Gitar/ tak bardzo chciało się żyć. Refren - Gdzie się podziały tamte prywatki/ gdzie te dziewczyny, gdzie tamten świat/ gdzie się podziały tamte wspomnienia/ naszych szalonych, wspaniałych lat. – Rodzina w kinie na drugim seansie już z nudów ziewa/ tutaj Paul Anka, Stonsi, Beatlesi, Cliff Richard śpiewa/ tuż przed maturą kwitły kasztany/ żyło się tak jak we śnie/ gdzie te prywatki niezapomniane/ czy jeszcze pamiętasz mnie.


Nasze prywatkowe spotkania wyglądały nieco inaczej, choć również były podniecające, czy aż tak?

Autor z Markiem Gaszyńskim
Tą przepiękną melodią do słów dziennikarza radiowo/telewizyjnego obchodzącego w tym (2013) roku 55 lat pracy w zawodzie - Marka Gaszyńskiego – skomponował nasz były lider zespołów Czerwono Czarni, Trubadurzy wspaniały wykonawca piosenek, muzyk i kompozytor - Ryszard Poznakowski. Utwór ten może być tak piękny, nostalgiczny, autentycznie brzmiący tylko dlatego, że wszyscy trzej (kompozytor, autor słów i wykonawca) tworzący to muzyczne dzieło, reprezentują jedno pokolenie i tamten czas, czas prywatek, mówiąc kolokwialnie, oni wszyscy tworząc ten utwór, czuli bluesa.

R. Poznakowski z synem autora Muzycznej Podróży
Dziś kiedy analizuję swoją młodość, ten najwspanialszy okres życia każdego człowieka, to stwierdzam, że dla rozwoju i rozpowszechniania rock’n’rolla, prywatki miały ogromny jeśli nie decydujący wpływ. Jakość domowych, muzycznych spotkań zależała, na pewno od uczestniczących osób (chłopców, dziewcząt), rodzaju mieszkania (chaty), w której miało odbyć się spotkanie ale przede wszystkim od rodzaju muzyki i sprzętu do jej odtwarzania.

By obiektywnie przedstawić, opowiedzieć o epoce prywatek, koniecznie trzeba podzielić je na dwa etapy, pierwszy to, kiedy jeszcze nie istniał magnetofon a muzykę odtwarzał gramofon (adapter). Wówczas liczyły się tylko płyty, właściwie wybór dotyczył, czy to singiel (dwa lub cztery nagrania po obu stronach, „A i B”, płyty) czy płyta długogrająca (longplay), która na stronie miała od 5/8 nagrań czyli do 16 utworów, i nieraz więcej na całej płycie. Jeśli chodzi o obsługującego prywatkę, przeważnie był to gospodarz, wygodniej było mieć na imprezie same longplaye, mniej pracy przy obsłudze adapteru. Puściło się płytę i … z głowy.

Ale płyta długogrająca miała również swoje mankamenty, na danej stronie nie zawsze wszystkie utwory były tanecznie ciekawe czy melodyjne. Prostsza sprawa była z singlem, jeżeli był to hit, nie było problemu, tyle, że trwało to zbyt krótko. W tym układzie wymagane było częściej zmieniać krążki. Kłopoty występowały później, kiedy obecni na prywatce wzmocnieni tańcami, szczyptą alkoholu, rozkręcali się, zaczęli czuć się bardziej na luzie, swobodniej. Wówczas sytuacja stała się inna, tańczące pary wymagały teraz serii nagrań, by non stop leciały piosenki tak zwane, nagrania migdałowe. I to był główny problem płyt analogowych, długogrających. W takich momentach nic gorszego nie było jak ciągła zmiana rytmu, wolny, szybki, wolny, szybki … i tak na przemian, bo tak układane było stopniowanie napięcia przez decydenta konstruującego kolejność utworów na danej płycie.

Inaczej działo się kiedy nastała era magnetofonów czyli drugi etap prywatek, wówczas każdy mógł być decydentem, co do układania kolejności i jakości utworów. Przeważnie wszystkie prywatki rozpoczynały się hitchcockowskim trzęsieniem ziemi czyli puszczane utwory na początku spotkania były najbardziej rytmicznie szalonymi, by po jakimś czasie, kiedy wszystko się ułożyło i wiadomo, kto z kim, właściwe było puszczenie w ruch migdałowej strony taśmy. Był to utarty stereotyp każdej prywatki, żadna ze stron, dziewczyna czy chłopak, nie miała pretensji do zmiany rytmu, utrzymania na dłuższy czas a nieraz do końca imprezy migdałowych rodzynków. Wszyscy wiedzieliśmy tak dziewczyny czy chłopcy, po co organizuje się tego typu spotkania. Miały one na celu między innymi wprowadzić młode osoby w ciemności pomieszczenia w pierwsze, erotyczne inicjacje (pocałunki, ściskanie, dotykanie się w czułe miejsca). Mogło tak się dziać tylko dzięki temu, że taniec w tamtych latach był tańcem (trzymanie się za ręce) kontaktowym. Czy dzisiaj jest inaczej? hm, hm?


Nasza grupa chłopaków z lokalizowana wokół Wojtka Szymona w okresie magnetofonowej posuchy miała w mieście, w tym czasie, przewagę nad resztą grup młodzieży, ponieważ byliśmy w posiadaniu największej aktualnie liczby krążków ze światowymi przebojami. Byliśmy zapraszani na wiele różnych, nieznanych prywatek z prośbą o zabezpieczenie strony muzycznej. Osobiście z racji muzycznego zabezpieczenia spotkania, zapraszany byłem przez nieznane mi dotychczas dziewczyny czy chłopaków na prywatki w różnych dzielnicach miasta jak; Ludwików, Karpaty, Wilanów czy Kaczka. Cudowne były sobotnie wieczory, szczególnie w okresie karnawału, w ferie czy wakacje, gdzie grupy chłopców, dziewcząt przemieszczały się przez ulice miasta z jakąś torbą kulinarnych zakupów w ręku, z dumą i ostentacyjnie trzymając jakiś longplay. Jeżeli była to zachodnia płyta, a nie daj Bóg, na czasie jakiegoś Cliffa, Fatsa, Jerryego czy Elvisa zatrzymywaliśmy się by choć przez chwilę z chwalić się swoim, muzycznym skarbem. Choć niejednokrotnie na tą chwilę zazdrościliśmy sobie wzajemnie posiadania rodzynkowego krążka, to jednak takie zaskakujące spotkania w drodze na prywatkę miało pozytywne znaczenie. Bo na kolejną wieczornicę była szansa na wymianę płyt. Tak się zresztą często działo. W owych latach wymiana płyt była czymś normalnym, naturalnym i z punktu widzenia rynkowego wakatu, drożyzny, ekonomicznie zasadna. 

Autor z Wojtkiem "Szymonem"
Najbardziej zapamiętane przeze mnie i moją grupę przyjaciół prywatki, były u Wojtka Szymona. Wojtka babcia często i to na dłuższy czas (dwa, trzy tygodnie) wyjeżdżała do swojej córki (matki Szymona) czy swojej siostry do Warszawy. Był to czas świetnie przez nas wykorzystany. Baza muzyczna w domu przy Placu Kościuszki zawsze przyciągała nowe dziewczyny, nowych chłopaków. Jedynym mankamentem była ilość pomieszczeń, choć bardzo duże ale tylko dwie izby, pokój i kuchnia. Najwspanialsze warunki były u nieżyjącego Jacka Michalskiego na Wąwale (stacja kolejowa Jeleń) … można kolokwialnie określić bazę u Jacka jak tytuł serialu telewizyjnego, Daleko od szosy. Jacek posiadał (mieszkał tylko z matką często wyjeżdżającą na dłużej do rodziny, znajomych czy sanatorium) piętrowy, piękny dom z kilkoma nagłośnionymi muzyką pokojami, tak na parterze czy piętrze.


Prywatkowe warunki do pozazdroszczenia. Nie bez kozery Jacek nazwał swoją willę; Fan Club Fats Domino. W tym czasie był w Tomaszowie jego największym fanem, posiadał najwięcej nagrań tego piosenkarza. Przyjeżdżała tu przeważnie nasza ekipa, Jacek był serdecznym przyjacielem wszystkich przychodzących do Szymona na seanse muzyczne. Był ich stałym słuchaczem. Posiadał również magnetofon, z którym często przyjeżdżał do Wojtka by przegrywać nowości muzyczne z magnetofonu na magnetofon. Tak, że muzycznie nie miało znaczenia czy to spotkanie odbyło się u Jacka na Wąwale czy na chacie u Szymona. Jedyną trudnością tych prywatek, to pokonanie drogi z Tomaszowa na Wąwał a były trzy. Jedna to jazda od PDT-u (dziś DT TOMASZ) autobusem linii nr. 2 na krańcówkę w Ludwikowie i dalej pieszo przez dzisiejszą ulicę Szymanówek (około 2,5 km), druga to jazda autobusem linii nr. 3 do Białobrzeg i dalej pieszo kierunek Wąwał (około 2 km) a najwygodniejsza to trzecia droga koleją, z dworca PKP jedną stację do Jelenia (mankament - mała częstotliwość pociągów wg rozkładu jazdy) i od tej stacji około 200/250 metrów do Jacka posesji. Prywatki u Jacka - wspominane do dzisiaj przez jeszcze żyjących jej uczestników - trwały po dwa, trzy a nieraz kilka dni. Kiedy edukowałem się w odległych Skierniewicach dowoziłem do stacji Jeleń grupę dziewcząt i chłopaków z tego miasta i okolic.


Bywałem też na przepięknych prywatkach w odległej, nieistniejącej dziś dzielnicy Kaczka. Kaczka to dzielnica za Wilanowem, za zakładem ZWCh Wistom w kierunku Spały, początek dzielnicy za mostem rzeki Czarna, w widłach dzisiejszych ulic Spalska/Luboszewska/ Piaskowa. Specjalnie nie wymieniam imion dziewczyn, mieszkanek Kaczki, które w swoich domach organizowały prywatki, by nie stwarzać jakichkolwiek podejrzeń. Wymienię ulice - Młynarska, Stawowa – przy których stały nieistniejące dziś prywatkowe posesje. Pamiętam powracające, rozśpiewane, poranne kilkuosobowe grupy udające się w kierunku odległego od centrum miasta (autobusy w niedzielny ranek jeszcze nie kursowały) z ciężkim sprzętem (magnetofon) w ręku i innymi, prywatkowymi akcesoriami. Gdy się dzisiaj spotykamy, np. na moim cyklu spotkań Herosi Rock’n’Rolla, w Galerii ARKADY czy w naszych mini kawiarenkach, zawsze sentymentalnie wspominamy nieistniejącą dzielnicę i wspaniałe prywatki. Wiele osób, dziewcząt i chłopców z Kaczki, uczestniczyło w pierwszych fajfach w Literackiej, tym samym swoimi postawami, obecnością, wniosły duży wkład w rozwój i rozpowszechnianie rock’n’rolla w naszym mieście. Samo organizowanie przez tomaszowską młodzież przeróżnych spotkań, imprez sportowych, wspólne opalanki i kąpiele na nadpilicznych przystaniach, wyprawy do grot, bywanie na oddolnie organizowanych fajfach w Literackiej, organizowanie i uczestniczenie w prywatkach to najwspanialsze, integrujące przedsięwzięcia, które tworzyły przyjaźnie trwające po dzień dzisiejszy. Z wielkim smutkiem nie zauważam dzisiaj tego typu działań u swoich, dorosłych dzieci a tym bardziej u wnuków.