czwartek, 29 stycznia 2015

2-go lutego w HRP Pamela w Toruniu wystąpią Maciej Balcar i Cheap Tobacco. Przed koncertem warsztaty poprowadzi pARTyzant

W poniedziałek 2.02.2015 w Hard Rock Pubie Pamela odbędzie się wyjątkowy koncert zorganizowany z okazji 17-tych urodzin klubu. Wystąpią: Maciej Balcar z zespołem oraz jako support grupa Cheap Tobacco. Maciej Balcar w czasie koncertu zaprezentuje materiał z nowej, solowej płyty Ruletka. Przed koncertem Krzysztof Toczko (pARTyzant) poprowadzi warsztaty gitarowe, których gościem specjalnym będzie Maciej Balcar. Koncert zaczyna się o godzinie 19-tej a warsztaty o 17-tej. Na oba wydarzenia wstęp jest wolny.

Cheap Tobacco to czworo młodych ludzi przepełnionych energią i pasją, którą "zarażają" każdego, kto ich usłyszy. Mieszają style muzyczne w poszukiwaniu swojego własnego brzmienia. Potrafią wzruszyć, nakłonić do refleksji oraz porwać do szaleńczego, transowego tańca.

fot. Agata Jankowska
Muzyka, jaką wykonuje zespół nie jest łatwa do zdefiniowania... to fuzja rocka, emocji bluesowych, funky i... jeszcze czegoś. Kto raz ich usłyszy, będzie wracał po więcej! Mimo krótkiego stażu zagrali już na najważniejszych festiwalach bluesowych w Polsce. (Rawa Blues 2013 jako jeden z czterech zespołów reprezentujących stronę Polską). Ich muzykę można usłyszeć m.in. w radiowej Trójce w audycjach Panów Barona i Chojnackiego.
 
fot. Agata Jankowska
Ważniejsze osiągnięcia:
- I miejsce w kategorii odkrycie roku 2013 kwartalnika Twój Blues,
- I miejsce na alternatywnej liście przebojów Radia Kraków w notowaniu z grudnia 2012,
- I miejsce na Rawa Blues Festiwal 2013,
- I miejsce, nagroda publiczności oraz nagrody dla najlepszej wokalistki i najlepszego basisty na XXII Festiwalu Blues Nad Bobrem.
- Finaliści konkursu Hard Rock Rising 2102,

fot. Agata Jankowska
- III miejsce na Festiwalu Ryśka
Riedla 2012,
- I miejsce na III Autorskim Przeglądzie Rzepa 2012 w Rzeszowie,
- I miejsce na festiwalu Kodex Blues 2012,
- I miejsce na Wetwater Blues Festival 2012,
- I miejsce na Ścinawa Blues festiwal 2012,
- I miejsce na Warta Mississippi Blues 2012.



fot. Sławek Orwat

Maciej Balcar - Absolwent szkoły muzycznej w klasie fortepianu oraz Politechniki Wrocławskiej (Wydział Architektury). Od wczesnej młodości, zafascynowany muzyką, komponował, grał i śpiewał z różnymi zespołami. Najczęściej były to formacje bluesowe, chociaż Maciej Balcar ma również w swoim dorobku występy z kapelą punk-rockową i trash-metalową. W tym samym czasie wokalista wygrał casting do roli głównej w filmie fabularnym i płyty Roberta Chojnackiego, jednak zrezygnował z tej współpracy — myślał o śpiewaniu własnych kompozycji. Pomysł wykonania czterech utworów na „Trzecim wymiarze” Jansona także nie został zrealizowany. Kolejna propozycja padła od Ryszarda Adamusa, szefa Wytwórni Fonograficznej, a dotyczyła wydania solowej płyty. Debiutancki album Maćka Balcara pt. Czarno został nagrany w marcu, a swoją premierę miał we wrześniu 1998 roku. Jego producentem muzycznym był Janusz Yanina Iwański, zaś wśród muzyków, którzy oprócz niego zagrali gościnnie na płycie, są takie osobowości polskiej sceny muzycznej, jak Mateusz Pospieszalski, bracia Golec oraz Jose Torres.

Po koncercie Maćka Balcara w Poznaniu 2011

Rok później wziął udział w nagraniu płyty z zespołem Harlem. Ma w swoim dorobku liczne występy na festiwalach (w tym również na Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu w roku 2000). W roku 1996 zagrał epizod w filmie historycznym, polsko-francuskiej produkcji, „Marion du Faouet“. W 1999 roku reżyser Roland Rowiński powierzył mu rolę w spektaklu Teatrze Telewizji pt. „Gorący Oddech Pustyni“ wg Gustawa Herlinga-Grudzińskiego. W tym samym roku nagrał kolędy na płycie, którą wymyślił i realizował Jerzy Grunwald.

fot. Sławek Orwat
Teledyski do kolęd kręcone były w Izraelu dla II programu TVP. W kwietniu 2000 roku w Teatrze Rozrywki odbyła się premiera rock-opery „Jesus Christ Superstar”, w której Maciej Balcar kreuje rolę Jezusa. Kolejną rolą artysty na chorzowskiej scenie jest postać Rogera w kultowym musicalu „Rent”. Od 15 lutego 2001 jest wokalistą kultowej grupy DŻEM. W roku 2004 ukazała się pierwsza płyta DŻEMU z Maciejem w roli wokalisty, zatytułowana 2004. Rok później Balcar zagrał rolę Indianera w filmie Jana Kidawy-Błońskiego pt. „Skazany na bluesa”. W 2010 wydał swój drugi album Ogień i Woda, a w grudniu wystąpił w rockowym przedstawieniu "Krzyżacy". W roku 2011 utwór Macieja Balcara "Biały wilk" stał się oficjalną piosenką promującą grę Wiedźmin 2: Zabójcy Królów w Polsce.

Antoni Malewski - Niestrudzony piewca Rock'n'Rolla

23-go stycznia 2015 roku w mieście legendarnego klubu "Non Stop" odbył się uroczysty finał VI Edycji konkursu "Wspomnienia Miłośników Rock'n'rolla". W dziedzinie "Publikacja Roku", Suplement do publikowanej od sierpnia ubiegłego roku na prowadzonym przeze mnie blogu Muzyczna Podróż - "Subiektywnej Historii Rock'n'Rolla w Tomaszowie Mazowieckim" autorstwa Antoniego Malewskiego został uhonorowany II nagrodą! Jako autor bloga, pragnę z tej miłej okazji w imieniu własnym oraz Czytelników przekazać Szanownemu Laureatowi najserdeczniejsze gratulacje oraz życzenia zdrowia i dalszych sił do twórczej pracy.

 
W związku z coraz większym zainteresowaniem Czytelników mojego bloga muzycznymi wspomnieniami Antoniego, chciałbym dziś nieco przybliżyć historię i ideę tego jakże ważnego dla polskiej kultury muzycznej wydarzenia. Konkurs powstał w roku 2009 podobnie jak organizująca go Fundacja "Sopockie Korzenie". Celem tego twórczego współzawodnictwa jest zebranie jak największej ilości rekwizytów, artykułów, fotografii oraz książek i publikacji związanych z historią rock and rolla w Polsce, aby tę przebogatą spuściznę, która od dziesięcioleci spoczywa w domowych archiwach i ludzkich sercach ocalić od zapomnienia.


W zamyśle organizatorów całe to dziedzictwo rockandrollowej historii ma zostać w niedalekiej przyszłości przekazane w darze nowo powstającemu Muzeum Polskiego Rock'n'Rolla i Jazzu, które będzie nie tylko cennym źródłem informacji, lecz także zapisem towarzyszących pokoleniu pionierów przeżyć i emocji. Pierwsza Edycja konkursu odbyła się pod szyldem "Wspomnienia Rówieśników Rock'n'Rolla" ale już tytuł drugiej, do której po raz pierwszy przystąpił Antoni Malewski, został zmieniony na "Wspomnienia Miłośników Rock'n'Rolla", co znacznie poszerzyło formułę idei.


Sopot Grand Hotel (fot. z 1962 roku)
Począwszy od wspomnianej II edycji z roku 2010 poprzez lata 2011, 2012, 2013, 2014 aż do dnia dzisiejszego, publikacje Antoniego Malewskiego nieprzerwanie biorą udział w charakterze prac konkursowych. Pozwolę sobie przytoczyć kolejno wszystkie dotychczasowe konkursowe pozycje tomaszowskiego pasjonata - "Moje miasto w rock'n'rollowym widzie" (II nagroda - 2010), "A jednak Rock'n'Roll", "Rodzina Literacka '62" jako tomaszowski Tryptyk, "Marek Karewicz - Złoty Fryderyk w Tomaszowie Maz","Subiektywna Historia Rock&Rolla w Tomaszowie" (III nagroda - 2013) oraz ostatnia pozycja "Subiektywna Historia Rock'n'Rolla w Tomaszowie" (II nagroda - 2014). Pozostałe publikacje biorące udział w konkursie doczekały się zaszczytnego wyróżnienia. Uroczystości VI Edycji konkursu odbyły się 23-go stycznia 2015 roku w sopockim Klubie Muzycznym SCENA znajdującym się tuż za atrakcyjnie położonym wzdłuż nadmorskiej plaży Grand Hotelem. Po zakończeniu części konkursowej uroczystość koncertem solowym ozdobił Marek Piekarczyk.



Antoni Malewski - pierwszy z prawej
Antoni Malewski urodził się w sierpniu 1945 roku w Tomaszowie Mazowieckim, w którym mieszka do dnia dzisiejszego. Pochodzi z robotniczej rodziny włókniarzy. Miał 12/13 lat, kiedy po raz pierwszy usłyszał termin "rock’n’roll". Egzotyka tego słowa, wzbogacona negatywnymi artykułami Marka Konopki - korespondenta PAP w USA, jeszcze bardziej zwiększyła – jak sam wspomina - nimb tajemniczości ukochanego stylu. Starszy o 3 lata brat nocami słuchał muzycznych audycji Radia Luxembourg, wciągając Antoniego w proceder, który - jak się okazało - zaważył na jego życiu.

Antoni Malewski - drugi z lewej
Na odbywającym się w 1959 roku w tomaszowskim kinie „Mazowsze” koncercie pierwszego polskiego rock’n’rollowego zespołu Rhythm and Blues Franciszka Walickiego, Antoni Malewski znalazł się przypadkowo. Rok później w tym samym kinie obejrzał angielski film „W rytmie rock’n’rolla” i od tej chwili w życiu piętnastoletniego Antka nic już nie było takie jak dawniej. Autor „Subiektywnej historii Rock’n’Rolla...” jest głęboko przekonany, że to właśnie rock’n’roll drogą ewolucyjną rozwalił w drobny pył wszystkie totalitaryzmy tego świata – rasizm, faszyzm, nazizm i komunizm.

Antoni Malewski - pierwszy z prawej
Punktem przełomowym w życiu Antoniego okazały się być wakacje roku 1960, podczas których poznał właściciela ogromnej ilości amerykańskich płyt Wojtka "Szymona" Szymańskiego. W lipcu 1962 roku obaj wybrali się autostopem do Sopotu - miasta magicznego "Non Stopu". Tuż po powrocie z Wybrzeża młodzi tomaszowianie wybrali się do dyrektora ZDK Włókniarz, na terenie którego istniała kawiarnia "Literacka" i opowiedzieli mu swoją sopocką przygodę. Pomimo, że oficjalne stanowisko I sekretarza PZPR Władysława Gomułki brzmiało: "Nie będziemy tolerować żadnej kultury zachodniej", na prośbę dwóch szalonych entuzjastów, dyrektor zezwolił na imprezy taneczne, o których wieść rozeszła się lotem błyskawicy po całej Polsce, przyciągając w szybkim czasie niezliczone rzesze spragnionej zabawy i namiastki zachodniej wolności młodzieży .

W tym uroczystym momencie, nie odmówię sobie na koniec kilku osobistych refleksji. Drogi Antku, dzięki Twojej książce Muzyczna Podróż staje się ważnym źródłem wiedzy na temat "tamtych czasów". Przeglądając Twoje zdjęcia i wspominając przeróżne fragmenty Twojej historii, często czuję się jakbym był w środku tych wszystkich wydarzeń i dotykał kawałka niezwykle ważnych dziejów Polski. Działaliście w trudnych i jakże często nieprzyjaznych politycznie warunkach.

Tym bardziej pragnę dziś przekazać Tobie, Wojtkowi "Szymonowi" i wszystkim bohaterom Twojej książki wyrazy szacunku. To co wówczas robiliście - każdy na swój sposób - było jak pozytywistyczna praca u podstaw. Byliście niczym "Siłaczki" i "Judymowie", których pasję i wysiłek moje pokolenie dostało w darze jako "grunt" pod rockową rewolucję 1980-1982. Obecna generacja dwudziestolatków nie posiada o Waszej pionierskiej epoce pełnej wiedzy. Dlatego pamięć o tych czasach należy na wszelkie sposoby przekazywać. TU NIE TYLKO O TOMASZÓW IDZIE! Twoje dzieło, to POMNIK EPOKI, to uratowany od zapomnienia kawałek niezwykłej historii POKOLENIA które ogromnie ukochało WOLNOŚĆ. Zanim powstała muzyka, którą moje pokolenia nazwało rockiem, działali ludzie, dzięki którym możemy dziś słuchać kolejnych pokoleń muzycznych buntowników. Twoja Historia tylko pozornie dotyczy dziejów jednego miasta. "Subiektywna historia Rock’n’Rolla..." to zapis przeżyć całego pokolenia. Tomaszowska Saga to szczególny dokument czasów, które rozpoczęły wielką rewolucję w muzyce i która – jestem o tym głęboko przekonany – jeszcze się nie zakończyła. Zbliżamy się – czego także jestem pewien – do kolejnego muzycznego przełomu. Nie przegapmy go. Może o tym, co zrobimy w najbliższym czasie, ktoś za 50 lat napisze na łamach zupełnie innej Muzycznej Podróży...

wtorek, 27 stycznia 2015

31-go stycznia Tune zagra w Rzeszowie


Antoni Malewski - Subiektywna historia Rock’n’Rolla w Tomaszowie Mazowieckim. Część 23 - Oszołomstwo czy miłość?

Niestrudzeni Fani "Margie" w uroczym towarzystwie
Antoni Malewski urodził się w sierpniu 1945 roku w Tomaszowie Mazowieckim, w którym mieszka do dziś. Pochodzi z robotniczej rodziny włókniarzy. Jego mama była tkaczką, a ojciec przędzarzem i farbiarzem. W związku z ogromną fascynacją rock'n'rollem, z wielkimi kłopotami ukończył Technikum Mechaniczne i Studium Pedagogiczne. Sześć lat pracował w szkole zawodowej jako nauczyciel. Dziś jest emerytem i dobiega 70-tki. O swoim dzieciństwie i młodości opowiedział w książkach „Moje miasto w rock’n’rollowym widzie”, „A jednak Rock’n’Roll”, „Rodzina Literacka ‘62”, a ostatnio w „Subiektywnej historii Rock’n’Rolla w Tomaszowie Mazowieckim” - książce, która zajęła trzecie miejsce w V Edycji Wspomnień Miłośników Rock’n’Rolla zorganizowanych w Sopocie przez Fundację Sopockie Korzenie. Miał 12/13 lat, kiedy po raz pierwszy usłyszał termin rock’n’roll. Egzotyka tego słowa, wzbogacona negatywnymi artykułami Marka Konopki - stałego korespondenta PAP w USA jeszcze bardziej zwiększyła – jak wspomina - nimb tajemniczości stylu określanego we wszystkich mediach jako „zakazany owoc”. Starszy o 3 lata brat Antoniego na jedynym w domu radioodbiorniku Pionier słuchał nocami muzycznych audycji Radia Luxembourg, wciągając autora „Subiektywnej historii Rock’n’Rolla w Tomaszowie Mazowieckim” w ten niecny proceder, który - jak się później okazało - zaważył na całym jego życiu. Na odbywającym się w 1959 roku w tomaszowskim kinie „Mazowsze” pierwszym koncercie pierwszego w Polsce rock’n’rollowego zespołu Franciszka Walickiego Rhythm and Blues, Antoni Malewski znalazł się przypadkowo. Po roku w tym samym kinie został wyświetlony angielski film „W rytmie rock’n’rolla” i w życiu młodego Antka nic już nie było takie jak dawniej. Później przyszły inne muzyczne filmy, dzięki którym Antoni Malewski został skutecznie trafiony rock'n'rollowym pociskiem, który tkwi w jego sercu do dnia dzisiejszego. Autor „Subiektywnej historii Rock’n’Rolla w Tomaszowie Mazowieckim” wierzy głęboko, że rock’n’roll drogą ewolucyjną rozwalił w drobny pył wszystkie totalitaryzmy tego świata – rasizm, faszyzm, nazizm i komunizm. Punktem przełomowym w życiu Antoniego okazały się wakacje 1960 roku, kiedy to autor poznał Wojtka Szymona Szymańskiego, który posiadał sporą bazę amerykańskich płyt rock’n’rollowych. W jego dyskografii znajdowały się takie światowe tuzy jak Elvis Presley, Jerry Lee Lewis, Dion, Paul Anka, Brenda Lee, Frankie Avalon, Cliff Richard, Connie Francis, Wanda Jackson czy Bill Haley, a każdy pobyt w jego mieszkaniu był dla Antoniego wielką ucztą duchową. W lipcu 1962 roku obaj wybrali się autostopem na Wybrzeże. W Sopocie po drugiej stronie ulicy Bohaterów Monte Casino prowadzającej do mola, był obszerny taras, na którym w roku 1961 powstał pierwszy w Europie taneczny spęd młodzieży zwany Non Stopem, gdzie przez całe wakacje przygrywał zespół współtwórcy Non Stopu Franciszka Walickiego - Czerwono Czarni. Młodzi tomaszowianie natchnieni duchem tego miejsca zaraz po powrocie wybrali się do dyrektora ZDK Włókniarz, w którym istniała kawiarnia Literacka i opowiedzieli mu swoją sopocką przygodę. Na ich prośbę dyrektor zezwolił do końca wakacji na tańce, mimo iż oficjalne stanowisko ówczesnego I sekretarza PZPR Władysława Gomułki brzmiało: "Nie będziemy tolerować żadnej kultury zachodniej". Taneczne imprezy w Tomaszowie rozeszły się bardzo szybko echem po całej Polsce, a podróżująca autostopem młodzież zatrzymywała się, aby tego dobrodziejstwa choć przez chwilę doświadczyć. Mijały lata, aż nadszedł dzień 16 lutego 2005 roku - dzień urodzin Czesława Niemena. Tomaszowianie zorganizowali wówczas w Galerii ARKADY wieczór pamięci poświęcony temu wielkiemu artyście.

Wśród przybyłych znalazł się również Antoni Malewski. Spotkał tam wielu kolegów ze swojego pokolenia, którzy znając muzyczne zasoby Antoniego wskazali na jego osobę, mając na myśli organizację obchodów zbliżającej się 70 rocznicy urodzin Elvisa Presleya. Tak oto... rozpoczęła się "Subiektywna historia Rock’n’Rolla w Tomaszowie Mazowieckim", którą postanowiłem za zgodą jej Autora udostępniać w odcinkach Czytelnikom Muzycznej Podróży. Zanim powstała muzyka, która została nazwana rockiem, istnieli pionierzy... ludzie, dzięki którym dziś możemy słuchać kolejnych pokoleń muzycznych buntowników. Historia ta tylko pozornie dotyczy jednego miasta. "Subiektywna historia Rock’n’Rolla..." to zapis historii pokolenia, które podarowało nam kiedyś muzyczną wolność, a dokonało tego wyczynu w czasach, w których rozpowszechnianie kultury zachodniej jakże często było karane równie surowo, jak opozycyjna działalność polityczna. Oddaję Wam do rąk dokument czasów, które rozpoczęły wielką rewolucję w muzyce i która – jestem o tym głęboko przekonany – nigdy się nie zakończyła, a jedynie miała swoje lepsze i gorsze chwile. Zbliżamy się – czego jestem również pewien – do kolejnego muzycznego przełomu. Nie przegapmy go. Może o tym, co my zrobimy w chwili obecnej, ktoś za 50 lat napisze na łamach zupełnie innej Muzycznej Podróży.

Bogato ilustrowane osobiste refleksje Antoniego Malewskiego na temat swojej życiowej drogi można przeczytać tutaj Cześć 1 "Subiektywnej historii Rock’n’Rolla w Tomaszowie Mazowieckim" można przeczytać tutaj. Część 2 tutaj  Część 3 tutaj  Część 4 tutaj  Część 5 tutaj  Część 6 tutaj Część 7 tutaj  Część 8 tutaj  Część 9 tutaj  Część 10 tutaj Część 11 tuta jCzęść 12  tutaj  Część 13 tutaj  Część 14 tutaj  Część 15 tutaj   Część 16 tutaj  Część 17 tutaj  Część 18 tutaj  Część 19 tutaj  Część 20 tutaj Część 21 tutaj   Część 22 tutaj Część 90 tutaj


UWAGA!!!
  
W piątek 23-go stycznia 2015 w Sopocie odbył się finał VI Edycji konkursu Wspomnienia Miłośników Rock'n'rolla, gdzie Suplement do Subiektywnej Historii R&R Antoniego Malewskiego zdobył w dziedzinie Publikacja Roku II nagrodę! Jako autor bloga, na łamach którego publikowana jest ta wspaniała tomaszowska Saga autorstwa szacownego Laureata, pragnę Antkowi w imieniu własnym oraz wszystkich Jego oddanych Czytelników serdecznie pogratulować właśnie przy okazji odcinka noszącego tytuł "Oszołomstwo czy miłość". Antku Drogi, nazwij to jak chcesz, bo swego czasu uległem podobnemu zjawisku jak Ty i jako muzyczny oszołom lub jak kto woli miłośnik, rozumiem Cię doskonale i łączę się z Tobą w tej nieuleczalnej chorobie zwanej muzycznym uzależnieniem :-) Jako dwulatek stałem oparty o załączone na poniższym obrazku urządzenie "Rafena" produkcji NRD i konsekwentnie zdzierałem single Czerwono i Niebiesko Czarnych, dzięki czemu bigbit mnie nie ominął, choć - nie będę ukrywał - ogromnie żałuję, że nie było mi dane przeżywać tego wszystkiego będąc znacznie bardziej świadomym "powagi zaistniałej sytuacji", co Tobie Antku i Twojemu Przyjacielowi "Szymonowi" szczęśliwie się udało i czego wam serdecznie gratuluje. A tak na marginesie, dość szybko policzyłem sobie ile miałeś wtedy lat, gdy postanowiłeś udać się w podróż do pewnej grającej szafy i cokolwiek o tym "wyczynie" mogło sobie wtedy pomyśleć Twoje otoczenie, to bardzo dobrze wiesz, żę....









Wojtek "Szymon" - sprawca zamieszania
Był rok 1963, jesień. Wojtek Szymon studiował w Warszawie i tam zamieszkał na Saskiej Kępie u rodziny przy ulicy Walecznych. Skończyły się seanse muzyczne na chacie przy Placu Kościuszki 17. Choć muzycznie nie byliśmy osłabieni, każdy z uczestników tych seansów posiadał w domowej dyskografii jakieś ebonitowe krążki, magnetofonowe szpule czy plastiki muzyczne, na których zapisany był cały rock’n’rollowy arsenał. Na weekendy, może nie wszystkie, Wojtek przyjeżdżał i zawsze przywoził z sobą płytową nowość. Teraz dopiero odczuwaliśmy, czym dla nas jest dom przy Placu Kościuszki 17, okres wojtkowego niebytu w mieście był tego największym dowodem, nagą prawdą. Pewnej soboty dotarliśmy wieczorem z Andrzejem Tokarskim do Szymona (przybył ze stolicy na weekend), w pokoju zastaliśmy sporą grupę kolegów, również tak jak my spragnionych rock’n’rollowej atmosfery.  Kiedy otworzyliśmy drzwi i pokonywaliśmy próg pomieszczenia, rzucił nas na kolana niesamowity odgłos utworu Margie w wykonaniu ukochanego Fatsa. Już przy pierwszych taktach, po pierwszym refrenie, kiedy wchodzi niesamowicie brzmiący saksofon, cały byłem grogi.

 Wojtek przywiózł z Warszawy pożyczonego od kuzyna singla Fatsa Domino z tym właśnie przebojem. Muszę powiedzieć, że w Margie zakochałem się od pierwszego wejrzenia (czyt. posłuchania). Cały wieczór puszczaliśmy tylko ten utwór, nie byliśmy osamotnieni, wszyscy obecni w pokoju odczuwali podobną potrzebę słuchania, tylko Margie. W rock’n’rollowej dyskusji, Szymon zakomunikował nam, że na warszawskiej Starówce, w kawiarni/restauracji Kamienne Schodki zainstalowano grającą szafę, w której znajdują się same hiciory wśród nich jest właśnie singiel Fatsa Domino, Margie. Późnym wieczorem, kiedy wracaliśmy z Andrzejem Tokarskim do domu, do Starzyc, nasze głowy zaprzątał zasłyszany u Szymona przebój.


Szliśmy w milczeniu pokonując oświetloną kiepsko ulicę Warszawską, całkowicie oszołomieni zasłyszanym hitem. Nie byliśmy w stanie sobie wytłumaczyć dlaczego? Przecież w naszym życiu niejeden utwór był duchowym dla nas pokarmem i do takich emocji nie dochodziło. Fats zadziałał na naszą duszę, wyobraźnię jak narkotyk. Choć rozmowa nam się nie kleiła, to jednak Andrzej wydobył z siebie bardzo ważną myśl, - Tolek, tak jak ty, ja również mam mętlik w głowie, pomyślałem, że można byłoby, któregoś weekendu odwiedzić Szymona w Warszawie. Poszlibyśmy na Starówkę i „na żywo” moglibyśmy cały dzień słuchać Margie. Szybko zripostowałem słowa Andrzeja, - Tak Andrzej, zaskoczyłeś mnie pomysłem, choć jest fantastyczny, tylko jak wiesz potrzebne jest nam sporo „kapuchy”. Jak ją zdobyć?

Już od poniedziałku podjęliśmy akcję poszukiwania surowców wtórnych. Przeczesałem komórkę, nie tylko swoją, również sąsiadów, znalazłem kilkanaście przykurzonych butelek, sporo metalowego złomu oraz przeróżnych, ubraniowych szmat. Andrzej na swoim podwórku czynił to samo, gdy spotkaliśmy się wieczorem (mieszkaliśmy w pobliżu na przysłowiowy rzut beretem, ja w narożniku ulic Warszawska/Zawadzka a Andrzej po drugiej stronie Warszawskiej, pierwsza biała kamienica przy Głównej 2/4), uznaliśmy, że Warszawa musi być nasza.

Wojtek "Szymon" Szymański
Po lekcjach przez okres dwóch/trzech tygodni trwała szmaciano, butelkowo, złomowa akcja. Przeszukaliśmy wiele starzyckich podwórek, placów, nieużytków w czym pomagali nam koledzy z dzielnicy (Marian Kot, Zbyszek Trachta, Andrzej Matysiak). Punkt skupu surowców wtórnych, opakowań szklanych mieścił się przy Głównej vis a vis posesji, w której mieszkał Andrzej Tokarski. Po sprzedaży towaru uzbieraliśmy sporą sumę pieniędzy, dziś nie pamiętam dokładnie tej kwoty, ale była wystarczająca, w przedziale 350/400 złotych. Suma ta, gwarantowała i zabezpieczała (wg naszych wyliczeń) bez przeszkód rock’n’rollową eskapadę do stolicy. Przyjechaliśmy do Warszawy pociągiem, w piątek wieczorem. Wojtek Szymon oczekiwał nas na Dworcu Głównym. Wiedzieliśmy, że noclegu nam nie załatwi. Mieszkał u ciotki. Pozostała nam na nocleg dworcowa poczekalnia. Udaliśmy się do popularnej w tamtych latach, pijalni piwa Baryłeczka, przy ulicy Marszałkowskiej. Przy piwie i żółtym serze (podawano do kufla różne gatunki sera w kalkulowane w cenę piwa) konsumując (żółtym serem rozwiązaliśmy problem kolacji) i gawędząc, zabijaliśmy czas do sobotniego poranka, który miał być dla nas wydarzeniem szczególnym, spotkaniem przy grającej szafie (nigdy tego urządzenia fizycznie nie widziałem) z Fatsem Domino

Noc na Dworcu Głównym mieliśmy koszmarną, bez przerwy nachodziły nas patrole MO, SOK, ORMO. Kontrolowały oczekujących (śpiących na ławkach bezdomnych czy nocnych łazików) na pociąg pasażerów. Takie to były czasy. Tej nocy dwa, a może trzy razy nas sprawdzano. Na szczęście mieliśmy wykupione bilety powrotne, co prawda na niedzielę, ale na daty nie zwrócono szczególnej uwagi. Około 6.00 rano toaleta w dworcowej WC (przemycie twarzy) oraz śniadanko w pobliskim barze mlecznym (bułka, masło, gorące mleko). Śniadanko było cienkie, szkoda było nam wydawać pieniądze na droższe, bardziej treściwe posiłki. Gotówka była przeznaczona na inne wydatki, miały zapełniać, karmić kieszenie, grającej szafy. W cieple baru mlecznego spędziliśmy troszkę porannego czasu (więcej niż godzinę), by około 8.30 wyruszyć, kierunek Starówka.

Po drodze rozmieniliśmy kilka banknotów na pięciozłotówki, by mieć monety na napełnianie kieszeni szafy grającej. W narożniku Starego Rynku, tuż przy ulicy Kamienne Schodki gdzie mieściła się kawiarnia o tej samej nazwie (lokal otwierano o 9.30), oczekiwał nas wcześniej umówiony, Wojtek Szymon. Kiedy stanęliśmy przed lokalem, był już czynny, Wojtek ze swoim warszawskim kolegą, czekał na nas obok restauracji. Jakie było nasze zaskoczenie, gdy tylko otworzyliśmy stare, ciężkie, średniowieczne drzwi do lokalu, jeszcze nie przekroczyliśmy progu, a tu z wnętrza dobiegał głos Fatsa w oczekiwanym przez nas utworze Margie. Ładnie nas Fats przywitał – rzekł do mnie Andrzej – tak jakby się spodziewał naszego przyjazdu. Utwór ten był aktualnie na topie światowych list przebojów
i przychodząca tu młodzież, tak jak my, znalazła się tu by słuchając przeboju Domino, przeżywać to samo co my. Pomimo wczesnego przedpołudnia, z trudem znaleźliśmy wolny stolik. Nie spodziewałem się o tej porze dnia takiej frekwencji. Była dopiero godzina 10.00 rano. Pierwsze co uczyniliśmy po zabazowaniu, to doszliśmy do grającego mebla, wyszukaliśmy w spisie numer utworu, Margie i wrzucaliśmy kolejno po kilka monet, raz ja raz Andrzej, w kieszeń grającej szafy. Za każdym razem przyciskając guzik WŁĄCZ, który zapewniał nas, że uruchomiliśmy właściwą płytę, utwór. Taki zabieg robiliśmy tego dnia wielokrotnie, siedząc w Kamiennych Schodkach aż do zamknięcia lokalu. Ponieważ planowaliśmy nazajutrz w niedzielę, powtórzyć muzyczny seans na warszawskiej Starówce, zaczęliśmy ograniczać do minimum naszą rozrzutnośćm by mieć do dyspozycji trochę monet na jutrzejsze karmienie grającego mebla.


Nie było takiej osoby, która przybywając do Kamiennych Schodek, przynajmniej raz nie wrzuciła monety w kieszeń szafy, ze wskazaniem na super hit. Mogę powiedzieć, że cały dzień naszego pobytu w lokalu był pod znakiem Fatsa Domino. Na palcach jednej ręki można było wyliczyć inne utwory rozchodzące się z głośników szafy grającej. Kolega Wojtka, Marek, włączył nam utwór, którego wcześniej nie słyszałem, a stał się dla mnie wielkim przebojem, był to cudowny The Lion Sleeps Tonight w wykonaniu zespołu The Tokens. Do dziś słucham tego utworu z wielką przyjemnością, który tak jak Margie przypomina mi warszawską Starówkę i pobyt w Kamiennych Schodkach. Jeszcze ktoś dwukrotnie tę piosenkę powtórzył. Głos w Margie naszego idola rozchodził się po całej kubaturze dwuizbowych pomieszczeń w lokalu, przeszywając na wskroś niejedną, zasłuchaną, młodą duszę. Bardzo szybko zleciała nam sobota na warszawskiej starówce. Nie zauważyliśmy jak kelnerka zakomunikowała nam, że czas kończyć muzyczne biesiadowanie wypowiadając, niezbyt przyjemne dla nas słowa, - Zamykamy lokal. Jeszcze raz tej jesieni przyjechaliśmy z Andrzejem na warszawską Starówkę by ponownie spotkać się z ukochanym przez nas utworem Fatsa Domino, Margie.


W październikową niedzielę 2008 roku pojechałem z przyjaciółmi ze Stowarzyszenia ALA na wycieczkę do Warszawy. Głównym celem tego wyjazdu było zwiedzanie nowo powstałego, dzięki przyszłemu prezydentowi RP Lechowi Kaczyńskiemu (pomysł z powstaniem muzeum zrodził się kiedy był Prezydentem Warszawy), Muzeum Powstania Warszawskiego. Po wyjściu z muzeum mieliśmy co najmniej trzy godziny czasu wolnego, więc z grupą kolegów - Jacek Buczyński, Rysiek Gawarzyński, Bożena Dulas i ja – udaliśmy się z placu pod Grobem Nieznanego Żołnierza (w okolicach grobu zaparkowaliśmy autokar) na warszawską Starówkę.

Bogusław Wyrobek
Kiedy znaleźliśmy się na Rynku Głównym starówki, Bożena pierwsza dostrzegła szyld lokalu, Kamienne Schodki, przypomniał mi się okres młodości, jak z Andrzejem Tokarskim, dokładnie 45 lat temu, oszołomieni utworem Margie Fatsa Domino, przyjeżdżaliśmy, by wysłuchać tego hitu, ponad 100 kilometrów od domu, tym samym wyrażaliśmy swoją miłość do Fatsa. Kiedy pokonywałem z Bożeną próg lokalu (Jacek z Ryśkiem udali się na dalsze zwiedzanie średniowiecznych zabytków Warszawy), nogi drżały mi jak jesienią 1963 roku. Wierzchnie okrycia przyjęła nam bardzo sympatyczna, dystyngowana pani szatniarka wzbudzając w nas uczucia przyjaźni. Dwa pomieszczenia kawiarni były identyczne jak w tamtych latach, był tylko inny wystrój wnętrza, bufet w tym samym miejscu, nie było tylko stojącej obok bufetu grającej szafy. W pierwszym pomieszczeniu, w którym usiedliśmy, dwie starsze panie spożywały ciasto firmowe (jabłecznik na gorąco) przepijając gorącą herbatą, w drugim pomieszczeniu vis a vis mojego wzroku siedziało młode małżeństwo z trojgiem dzieci spożywając obiad (była to akuratnie pora obiadowa).

Franciszek Walicki
Zamówiliśmy ten sam zestaw co starsze panie, jabłecznik na gorąco, zamiast herbaty, kawę. W czasie konsumpcji opowiadałem Bożenie o wydarzeniach w tym lokalu sprzed blisko pół wieku. Kawiarnia była praktycznie pusta tak, że mój głos (mam silny jego tembr) był słyszalny nie tylko w pomieszczeniu, w którym spożywaliśmy ciasto ale również w bufecie i szatni. W trakcie opowiadania, zareagowała w pewnym momencie szatniarka - Proszę pana, ja jestem warszawianką, jak byłam młoda, kawiarnia Kamienne Schodki była moim drugim domem. Przychodziłam ze swoim towarzystwem, tu poznałam mojego, nieżyjącego dziś męża. Utwór, o którym pan mówi, „Margie”, przyciągał tu całą Warszawę. Ja również wielokrotnie w kieszeń szafy wrzucałam monetę by usłyszeć ten przebój. W tym lokalu spędziłam całą, swoją młodość. Dzisiaj posiadając komunistyczną emeryturę nie jestem w stanie, będąc samotną kobietą, utrzymać się przy życiu, dlatego dorabiam jako szatniarka. Na szczęście pracuję w lokalu, który kocham.

Wojtek Gąssowski
Przychodzili tu wówczas, mój kolega Wojtek Gąssowski, Marek Zarzycki, Irena Santor, bywał też Bogusław Wyrobek jak i sam pan Franciszek Walicki.Wzruszyłem się do łez, kiedy odbieraliśmy wierzchnie odzienia, jeszcze przez kilka minut rozmawiając z panią szatniarką, przywoływaliśmy tamte, wspaniałe czasy. Gdy wspominam wycieczkę, która oprócz przywrócenia patriotycznej pamięci, przysporzyła mi również dużo wspomnień i wzruszeń z lat młodości. Dziś kiedy przybliżam, swoim bliskim i znajomym wyjazdy, muzyczne eskapady do Kamiennych Schodek w celu wysłuchania małego krążka, zauważam drwiące uśmieszki, zręcznie ukrywające określenie OSZOŁOM. Nie wysilam się zbytnio by niedowiarkom usprawiedliwiać swoje postępowanie, że tak mogła wyglądać, najszlachetniejsza, bezinteresowna MIŁOŚĆ. Bo nikt nie zdaje sobie sprawy, że przeżyte doznania były dla mnie czymś najpiękniejszym w życiu, że choć w wierszu u Adama Asnyka przeżytych kształtów, żaden cud nie wróci do istnienia, u mnie jest odwrotnie, wspomnienia wróciły, dlatego zabieram je z sobą na wieczność. Bo są moje, tylko moje.

poniedziałek, 26 stycznia 2015

26-go stycznia w Toruniu zagra The Vibrators. Zaprasza HRP Pamela

W poniedziałek 26.01.2015 w Hard Rock Pubie Pamela kolejny raz zagra The Vibrators. Zespół jest jednym z nielicznych reprezentantów pierwszej fali brytyjskiego punk rocka, który nadal regularnie koncertuje i nagrywa płyty. W Toruniu zagrają w ramach trasy promującej ich najnowszy album Punk Mania -Back to The Roots. Londyńczyków poprzedzi występ łódzkiej grupy The Hooch. Start godz. 19.00. Wstęp wolny.

Kariera The Vibrators rozpoczęła się w 1976 roku gdy gitarzysta i wokalista Ian „Knox” Carnochan, basista Pat Collier, gitarzysta John Ellis oraz perkusista Eddie postanowili wspólnie założyć zespół w lutym 1976 roku. Swój pierwszy koncert zagrali u boku The Stranglers w Hornsey Art. College w północnym Londynie. Następnie supportowali Sex Pistols w 100 Club i byli jedną z grup, która zagrała na legendarnym już 100 Club Punk Rock Festival. 
Fot. Agata Jankowska
Za namową gitarzysty Chrisa Speddinga, z którym The Vibrators grał wspólne koncerty, firma RAK podpisała kontrakt zespołem. Jego efektem było wydanie debiutanckiego singla „We Vibrate” w listopadzie 1976 roku (był to jeden z pierwszych singli punkowych jaki się wówczas ukazał na rynku). Później The Vibrators podpisali kontrakt z wytwórnią Epic Records, która wkrótce potem wydała klasyczny singiel „Baby Baby” a nieco później pierwszy album The Vibrators Pure Mania, który przez pięć tygodni utrzymywał się na angielskiej liście przebojów na 49 pozycji. W kwietniu 1978 roku ukazał się drugi album grupy V2 i zdobył 33 pozycję na angielskiej liście. Do dzisiaj jest on uważany za jeden z najlepszych albumów The Vibrators. 
Fot. Agata Jankowska
W różnym składzie zespół wydawał kolejne płyty: Alaska 127, Fifth Amendment Vibrators Live, Recharged oraz Meltdown. Zespół przez cały czas regularnie koncertował . W latach 90-tych ukazały się następujące albumy The Vibrators: Vicious Circle, Volume Ten (1990), The Power Of Money (1993), Hunting For You (1994), Unpunked (1996), Frecn Lessons With Correction (1997), Buzzin (1999), Noise Boys (2000), Energize (2002), Punk The Early Years (2006), Garage Punk (2009), Pure Punk (2009), Under The Radar  (2009), On The Guest List (2013),Punk Mania -Back to The Roots (2014) .

Żyjemy w świecie przepowszechnej manipulacji. Z Krzysztofem "Grabażem" Grabowskim rozmawia Sławek Orwat. Na koncert zaprasza BUCH IP

fot. Monika S. Jakubowska
Z wywiadem sprzed roku, który jest punktem wyjścia niektórych tematów niniejszej rozmowy można zapoznać się tutaj
  

- Za trzy lata będziecie z Kozakiem obchodzić 30 lat istnienia Pidżamy. Rozmawiacie czasami o tamtych czasach?

- Jesteśmy coraz starsi i coraz rzadziej wspominamy tamte czasy. Napisałem o nich książkę i tam starałem się oddać wszystkie wspomnienia z tamtych lat i opisać je w miarę wiernie i dokładnie. Skoro już raz się to ukazało, nie ma sensu do tego wracać. Generalnie nie przywiązujemy zbyt dużej wagi do tego, co zrobiliśmy. Staramy się raczej patrzeć na to, co jeszcze możemy zrobić.

- Znów założysz szapoklak?

- Tak.


- "Pidżama Porno jak i Strachy Na Lachy to ten sam ja i moja artystyczna wizja. Dla mnie nie ma podziału: Pidżama - Strachy. To, że nazywam się teraz Strachy Na Lachy, a nie Pidżama Porno, to są historie interpersonalne". To twoje słowa sprzed roku. W jakim składzie Pidżama Porno wyjdzie na scenę londyńskiej Scali i czy będzie to ta Pidżama, na jaką latami czekałeś?


"Kuzyn" (fot. Monika S. Jakubowska)
- Nie wiem, to się okaże. Pidżama Porno funkcjonuje teraz jako trio, czyli Kuzyn, Kozak i ja. Pomagają nam Lo i Maniek.

- Czyli skład, który zagrał rok temu w Londynie jako Strachy Na Lachy?

- Wtedy grał z nami jeszcze Tom Horn, który być może pojawi się i tym razem, ale już po drugiej stronie sceny.

- Strachy grały na koncertach niektóre kawałki Pidżamy. Czy teraz będzie odwrotnie?

- Nie. To, że Strachy grały kawałki Pidżamy, było częścią planu. Przez cały ubiegły rok Strachy wrzucały je na zasadzie treningu i przelecenia materiału. Możesz zamykać się przez trzy lata w sali prób, ale to nie zastąpi ci występu przed publicznością. Kiedy wykonujesz te utwory podczas koncertu, panują zupełnie inne warunki i okoliczności. Nie sztuką jest nauczyć się ich na próbie. Żeby potem dobrze żarły, muszą się przegryźć przez koncert.


"Kozak" (fot. Sławomir Nakoneczny)
- Oba zespoły będą od lutego działały równoległe, czy zawiesisz na jakiś czas Strachy?

- Będzie to wyglądało mniej więcej tak, że Strachy w wersjach klubowych będą trochę odchudzone. Za często ostatnio graliśmy. Ludziom trochę się już to przeżarło i można było to zauważyć. Mimo, że dawaliśmy dobre koncerty, a niektóre nawet zajebiste, a ludzie świetnie się bawili, frekwencyjnie nie wyglądało to już tak dobrze jak rok czy dwa lata temu.

- "Nikt do powiedzenia nie ma tu nic, choć wszyscy krzyczą głośno. O nas zapomniała historia. Po imieniu nam woła bieda, choć już sprzedaliśmy wszystko, co można było sprzedać..."* Jak ty to robisz, że twoje teksty po 20 latach aż wyją aktualnością?

- Prawdopodobnie są prawdziwe.

- To, co najbardziej mnie dotyka w twojej poetyce, to perfekcyjne trafianie w sedno i naturalizm opakowany w soczyste metafory. Do pisania takich tekstów niezbędna jest chyba ogromna empatia?


fot. Monika S. Jakubowska
- Czy ona jest ogromna czy nie, tego nie wiem. Mam w sobie pewnie tyle empatii, ile ma każdy normalnie funkcjonujący człowiek. Patrzyłem przed chwilą w lustro i nie zauważyłem u siebie żadnych przerostów empatii (śmiech). Empatia nie jest mi obca, ale... bez przesady.

- "Orkiestra marsza gra na rynku, dzwony w kościołach, tylko chłopców tutaj nie ma. Urosły na nich zioła..."** Chyba jeszcze nigdy za naszego życia groźba wojny nie była tak realna jak dziś. Czy ten i inne pacyfistyczne teksty nie powinny na nowo wybuchać ze scen, zanim już nawet zioła na grobach spłoną?

- Napisałem wtedy tę piosenkę, ponieważ czułem taką potrzebę. Była ona pisana w czasach wojny bałkańskiej, czyli całkiem niedawnej i dziejącej się w bliskiej nam terytorialnie, mentalnie i antropologicznie rzeczywistości.

fot. Monika S. Jakubowska
Tekst był inspirowany wierszem „Marsz” Brunona Jasińskiego napisanym tuż po I Wojnie Światowej. Ten obraz był w taki sposób stylizowany i z takiej ludowej ballady wyszedł. Wcześniej napisałem inną piosenkę o tym, że wojna nie jest stanem naturalnym. Jeśli dochodzi do jakiegokolwiek wrzenia, to jest ono spowodowane propagandą i działaniami politycznymi. To, co dzieje się teraz w Rosji z ludźmi, którzy jeszcze nie tak dawno w stu procentach popierali Putina i jego działania wobec Ukrainy, pokazuje, jak krótka jest droga pomiędzy tym, czego ci ludzie oczekują i co jest dla nich stanem naturalnym - a tym, w jaki sposób dają się manipulować. Żyjemy w świecie przepowszechnej manipulacji i dlatego uważam, że takie piosenki jak "Chłopcy idą na wojnę" czy inne nawołujące do tego, by myśleć, są raczej glosami wołających na puszczy.


fot. Monika S. Jakubowska
- Mówisz o wszepowszechnej manipulacji. Podzielasz popularną ostatnio w niektórych kręgach opinię, że demokracja w obecnej postaci to system nieskuteczny i w niedługim czasie może zostać zastąpiony innym?

- Tak daleko bym się nie posunął. To, że demokracja przybrała obecnie takie a nie inne formy, w dużej mierze spowodowała apatia społeczeństw. Kiedy jednak te społeczeństwa postanawiają w końcu wziąć sprawy w swoje ręce, okazuje się, że na drodze pokojowej można wiele osiągnąć.

fot. Monika S. Jakubowska
Gdyby ktoś we wrześnio ubiegłego roku powiedział mi, że w listopadzie będziemy mieli nowego prezydenta Poznania, pewnie bym w to nie uwierzył. Opór społeczeństwa wobec kolejnej kadencji dotychczasowego prezydenta okazał się jednak tak wielki, że właśnie dzięki demokracji udało się tej zmiany dokonać. Okazuje się, że nie jesteśmy skazani na to, aby oglądać w telewizji ciągle te same ryje, czy to z lewej czy z prawej strony. W dużej mierze zależy to jednak od nas, bo idąc na wybory i mając do dyspozycji tylko jeden głos, niemożliwe może stać się możliwe, realne i namacalne. Pokazuje to także przykład Słupska, gdzie prezydentem został Robert Biedroń. Jeszcze trzy, cztery lata temu nikomu nie mieściłoby się to w głowie, a jednak to się zdarzyło. To jest właśnie urok i istota demokracji. Jednocześnie każdy system, który jest niekontrolowany, zaczyna dość szybko jałowieć, wynaturzać się i poddawany jest manipulacjom, a kiedy społeczeństwo jest bierne i manipulowane, to demokracja przestaje być skuteczna. Winston Churchill powiedział, że demokracja to najgorszy system, ale dotychczas nie wymyślono nic lepszego. Podpisuje się pod tym obiema rękoma.


- Podczas naszej rozmowy sprzed roku powiedziałeś, że "dobrnęliśmy obecnie, do takiego momentu, że polska rzeczywistość już od dawna wygląda jak szlaka, a próby kontaktu między sobą przypominają wylewane kupy z rur". Z tego, co powiedziałeś przed chwilą wynika, że coś jednak zmienia się w naszej świadomości?

- Nigdy nie przykładałem zbytniej wagi do wyborów samorządowych. To wszystko dotychczas działo się gdzieś obok mnie. Ostatnie wybory pokazały jednak, że jeszcze żyjemy i że pod powierzchnią mułu i szlamu są całkowicie żywi ludzie, którzy w końcu zdali sobie sprawę z tego, że mogą coś zmienić. Zrobili więc użytek z kartek wyborczych i nagle okazało się, że to co w kilku miejscach wydawało się niezmienne i nieśmiertelne, mogło zostać zmienione i właśnie to jest dla mnie szalenie istotne. A co do tych "rur", to niestety główny nurt wciąż nimi płynie.


fot. Monika S. Jakubowska
- Czy twój pogląd, że "między czarnym i czerwonym nie sposób czuć się dobrze"*** nie jest obecnie jeszcze bardziej aktualny niż wtedy, gdy pisałeś te słowa? Wszak fanatyzmy religijne i pycha polityków w ostatnim czasie osiągnęły poziom dotychczas niespotykany?

- Ten utwór napisałem bodajże w 1995 roku i jest on niestety aktualny również dziś. Nasza scena polityczna po 1989 roku praktycznie zastygła. Ci, którzy mieli opowiedzieć się po którejś ze stron, zrobili to, przez co reprezentują praktycznie całe społeczeństwo, które jest zatomizowane i wzajemnie wykluczające się. Cały myk polega na tym, żeby to wszystko teraz jakoś pożenić. Nikt nie może mi zabraniać moich poglądów, a ja nie mogę upierać się i protestować przeciwko czyimś poglądom dopóty, dopóki nikt nie wchodzi z brudnymi butami do mojego domu.



Rozumiem, że ktoś może mieć o wiele bardziej skrajnie prawicowe poglądy niż ja, bo ja prawicowych poglądów nie mam. Nie mam również poglądów skrajnie lewicowych. Pozwalam sobie funkcjonować jako byt zdroworozsądkowy, co czasami ciężko udaje się w tym kraju, ale innego wyjścia dla siebie nie widzę. Ważne jest, żeby jedna strona zdawała sobie sprawę, że istnieje ta druga i żeby szanowała jej prawo do nieakceptowania takich rzeczy, które próbuje się narzucać całemu społeczeństwu. Tak jest na przykład z różnymi postawami związanymi z przerostem katolicyzmu w naszym kraju, choć ciężko jest mówić o niektórych ludziach, że są katolikami, kiedy w każdym swoim ruchu, w każdym swoim geście i w każdym zachowaniu przeczą dekalogowi.

- "Nie ma takiego śmiałka na świecie, który potrafiłby zmienić nas, Polaków w racjonalne i trzeźwo myślące jednostki. Nikt z nas nie jest w stanie przyjąć jakichkolwiek - nawet sensownych - argumentów drugiej strony. Każdy jest przekonany o własnej nieomylności, a spora większość - o naszej polskiej wyjątkowości w Europie". Nie obawiasz się, że obecne stanowisko naszego byłego premiera w strukturach europejskich może nas jeszcze bardziej w tym przekonaniu utwierdzić?

fot. Monika S. Jakubowska

fot. Monika S. Jakubowska
- Moim zdaniem Europeizm nie jest niczym złym. Lepiej jest mieć na pewne sprawy spojrzenie szersze niż węższe. Uważam, że zamykanie się w obecnym czasie i w okolicznościach tylko i wyłącznie polskich jest błędem. Polska nie jest krajem, który żyje sam dla siebie i nie jest krajem samowystarczalnym. Każdy młody człowiek ci to powie, bo szansą dla młodych ludzi jest właśnie Europa i czy nam się to podoba czy nie, młodzi ludzie z tego korzystają. Sam o tym dobrze wiesz, bo siedzisz w Londynie. To, że Tusk dostał tę posadę... widocznie tak ułożyły się polityczne karty. Te 30 kilka milionów piechotą nie chodzi. Jest to masa dosyć żywotna i jest to jedna z wielkich zalet naszego kraju. Naszym problemem natomiast jest to, że kiedy mamy pokój i mnóstwo szans do wykorzystania, wtedy nie umiemy się dogadywać, atomizujemy się i dopiero w momentach mega zagrożeń potrafimy jednoczyć się jako naród parszywy ale i cudowny zarazem.

- "Im człowiek jest starszy, tym ciężej zapędzić go do roboty i ciężej jest zmusić jego mózg do wysiłku. Na dzień dzisiejszy jestem jałowy. Jakieś próby podejmowałem, ale raczej po to, żeby następnego dnia skasować je z pamięci komputera". To kolejny cytat z naszej poprzedniej rozmowy. Ile nowych tekstów napisałeś, a ile skasowałeś przez ostatni rok?

fot. Monika S. Jakubowska
- Nic. Przez ostatni rok nie napisałem ani jednej piosenki. Nie czułem takiej potrzeby, nie bylem jeszcze gotowy.

- Odkrywasz w sobie "nieśmiałą świadomość, że życie ci coraz prędzej ucieka"*** ?

- To już nie jest nieśmiała świadomość (śmiech). To już jest świadomość pełnokrwista i namacalna. Wtedy, kiedy te słowa napisałem, miałem około 30 lat. Teraz mam prawie 50 i siłą rzeczy ta nieśmiałość musiała mi minąć i zamienić się w pewność (śmiech). Ta pewność bywa czasami trwogą, no ale cóż...


fot. Monika S. Jakubowska
- Pozwól, że cie zrozumiem, ponieważ w minionym roku skończyłem 50 lat.

- No widzi pan, to sam pan wie, o czym mówię (śmiech). Rozmawiałem z kilkoma znajomymi, których dosięgnął kryzys wieku średniego i okazuje się, że jest to pikuś w porównaniu z tym, co dzieje się z mężczyzną, który przekracza pięćdziesiątkę...

- Coś zaczyna dziać się w mózgu, prawda?

- No... mnie już raczej w mózgu się podziało. Teraz mam dużo lepszy czas dla siebie, niż wtedy gdy kończyłem czterdziestkę. Teraz zdecydowanie funkcjonuje mi się lepiej i jakoś tak spokojniej. Bardziej mam to wszystko pod kontrolą. Przez ostatnie dziesięć lat próbowałem zmagać się z samym sobą i nieustannie ustawiać to swoje "dzisiaj" tak, żeby miało ręce i nogi. Kiedy kończyłem czterdziestą jesień swojego życia. miałem mega depresję i bylem bliski chwytów niefajnych. Teraz tez mam depresję, ale chce mi się żyć i jak na razie mi się to udaje.

- Sam podjąłeś decyzję o reaktywacji Pidżamy, czy w jakimś stopniu kierowałeś się głosami fanów, mediów i promotorów?

- Jak każdą decyzje i tę podjąłem samodzielnie.

fot. Monika S. Jakubowska
Nie mogę jednak powiedzieć, że podejmowałem ją na ślepo i spontanicznie. Był to proces myślowy i takie kombinowanie, aby wszystko miało ręce i nogi. Było w tym wszystkim też i parcie oddolne ze strony fanów. Nie moglem tego nie brać pod uwagę, ale to jak wielkie jest to parcie, okaże się już za chwilę. Może okazać się, że były to tylko jakieś incydentalne glosy, które akurat do nas docierały i że te tłumy, które przychodziły kiedyś na nasze koncerty, nie są już nami zainteresowane. Z tym też się liczę. Pożyjemy, zobaczymy. Chciałem sobie stworzyć jeszcze jeden kanał aktywności w takiej formie, która byłaby dla mnie do zaakceptowania i która sama w sobie zawierałaby element progresu. Grając te wszystkie stare utwory w nowym składzie, uzyskuje się takie emocje, które już dawno nie były naszym udziałem. Jest to dla nas absolutnie mega wyzwanie i bardzo ryzykowny krok. Powiem ci, że jak dwa lata temu kończyłem rok koncertowy, to o niczym innym nie myślałem jak tylko o tym, aby pojechać gdzieś na wakacje, odpocząć, mieć "z głowy" i przynajmniej przez miesiąc nie myśleć o graniu. Kiedy kończyłem miniony rok, czułem wielki niedosyt i chęć, aby jeszcze gdzieś pojechać i zagrać. Mieliśmy dobry czas jako zespól i to zarówno w składzie strachowym jak i pidżamowym i w związku z tym może to wszystko wyglądać naprawdę fajnie. Jest dużo nadziei, mnóstwo niewiadomych i zajebista chęć sprawdzenia się w tych okolicznościach.



Gabinet Looster (fot. Monika S. Jakubowska)

- Co sądzisz o londyńskim zespole Gabinet Looster, który zagrał przed Strachami w ubiegłym roku, a 15-go lutego wyjdzie na scenę przed Pidżamą?

- Z tego co pamiętam, to jest to bardzo fajny zespół.





* "Bal u senatora 93'"
** "Chłopcy idą na wojnę"
*** "Między czarnym i czerwonym"