niedziela, 21 sierpnia 2016

2 września Titanium wystąpi w Ostrowie Wielkopolskim


Wiesław Kaczmarek rozmawia z Gwiazdami - Zespół Titanium wraz z nowym wokalistą Konstantinem Naumenko kręcił teledysk. Premiera 27 sierpnia!

Filip Gruca, Karol Mania i Wiesław Kaczmarek
Wiesław Kaczmarek. Dziennikarz niezależny/Dziennikarz Obywatelski. Mieszkam w niedużym mieście OSTRZESZÓW w Wielkopolsce. W naszej miejscowości i regionie bardzo dużo się dzieje w Kulturze/muzyka – malarstwo – poezja – fotografia – historia i inne. Ostatnio regularnie umieszczam artykuły w gazecie: Nasze Strony Ostrzeszowskie oraz w prasie regionalnej. W tej redakcji znajdują się dziennikarze, którzy chcą ze mną współpracować oraz drukować w swej ciekawej gazecie moje artykuły. Interesuje mnie głównie fotografia reporterska. Brałem udział w dwóch wystawach fotograficznych. Na przełomie Lutego/Marca 2016 planowana jest moja wystawa Fotografii w Ostrowie Wlkp/Galeria 33. Urodziłem się w 1953 roku. Moja młodość to Wrocław lata 1970/81. Spotkania, koncerty w Piwnicy Świdnickiej – Klubie dziennikarza – Szklanym Pałacu / studenckim. Wspomnienia zespołów PAKT oraz ROMUALD & ROMAN, OSJAN, koncerty Cz. Niemena w Filharmonii  oraz sławny – Jazz nad Odrą. Tam też poznałem osobiście czołówkę gwiazd kina: B. Łazukę – K. Sienkiewicz – T. Rossa / podczas kręcenia filmu MOTOCROS. Czuję się wspaniale, młodo i chętnie rozmawiam z piosenkarzami, aktorami, ludźmi sztuki i fotografii. Jestem szczęśliwy i radosny.


fot. Wiesław Kaczmarek
Słoneczny czwartek 29 Czerwca 2016...

Karol Mania (fot. Wiesław Kaczmarek)
Podjeżdżam pod Ostrowski Dom Kultury. To tutaj na godzinę 10:00 zostałem zaproszony przez Karola Manię i Filipa Grucę do obserwowania i fotografowania najnowszego wideoklipu zespołu Titanium. Tu także poznam nowego wokalistę. Po rozstaniu z poprzednim do tej pory była to tajemnica zespołu. Byłem więc - oprócz ekipy kręcącej wideoklip i zespołu -  jedynym człowiekiem w kraju i za granicą, który jako pierwszy pozna tego człowieka. Umówiliśmy się wcześniej z Karolem, że jednak poczekamy z ogłaszaniem tego faktu w mediach. Pogoda dopisuje, co będzie szczególnie ważne w drugiej części dnia, kiedy to planowane są sceny, które będą kręcone na ulicach Ostrowa Wielkopolskiego oraz pożną porą w Ostrzeszowie na wzgórzu Bełczyna przy kamiennym stole - zegarze. Taki jest w skrócie plan dnia i praca do wykonania. Oczywiście znajdzie się też małe pół godziny na obiad. Wszystko wydaje się więc bardzo proste i wykonalne. Czas jednak pokaże, że tak całkiem proste to jednak nie jest. Powinienem wprawdzie wziąć pod uwagę wiele spraw, które mogą przeciągnąć czas realizacji. Mam przecież trochę doświadczenia w kręceniu seriali i wiem, że praktycznie nigdy nie było okazji w planowanym czasie zakończyć dzień kręcenia filmu według scenariusza. Czasami ten czas był przedłużony nawet aż o trzy godziny.

2 września Titanium zagra w Ostrowie Wielkopolskim
Scenariusz był też podczas kręceniu tego wideoklipu. Na razie jest przyjemnie i planowo. Trzeba wyładować sprzęt, instrumenty i wiele innych potrzebnych do realizacji elementów, w tym kamery i setki metrów kabli. Wykonuje tę pracę zespół Titanium oraz trzech panów od dźwięku i kamery. Instrumenty noszą wszyscy, nawet i mnie udało się troszeczkę pomóc. Podobają mi się słowa Karola i Grzesia: "Pamiętaj, ty masz być niewidoczny i tak wykonywać swą pracę, żebyśmy my nie odczuli, że jesteś! Dla nas to ważne, bo my musimy się skupić nad swoim zadaniem i nad atmosferą wideoklipu. Wkładamy w to ogrom serca i wiesz... nie możemy wchodzić na rozkojarzenia i nerwówkę". Ok, będę niewidocznym duchem, który jednak ma zamiar uchwycić atmosferę heavy metalu, jego piekielną silę, dymy z gitar i perkusji i to ulotne piękno muzyki oraz pokazać to na swoich fotografiach i w opisie. Po jakimś czasie na scenie pojawia się zorganizowany porządek wśród instrumentów, w tym gorąca perkusja w centrum planu i dużo techniki cyfrowej.

Filip Gruca (fot. Wiesław Kaczmarek)
Porywam na minutę rozmowy Filipa Grucę - perkusja

- Jaki jest plan dnia nagrywania teledysku?

Filip: Nagrywamy teledysk do nowej płyty z naszym nowym wokalistą, którego nazwisko trzymaliśmy to do tej pory w tajemnicy. Jesteś pierwszym oprócz nas, który dziś go pozna w naszym starym Domu Kultury w Ostrowie Wlkp. Plan? Właśnie rozstawiliśmy się na scenie i niedługo będziemy filmowali zespół. Następnie po południu przeniesiemy się na miasto, gdzie będziemy kręcić sceny z udziałem Primoza w Ostrowie i na obrzeżach miasta. Późno wieczorem - taką mam nadzieję - przeniesiemy się do Ostrzeszowa na nasze miejsce spotkań, czyli na Bałczynę. Jest tam kamienny zegar słoneczny, który mamy zamiar wykorzystać w tym wideoklipie. Na tę chwilę mogę powiedzieć, że teledysk na pewno będzie ciekawy i powiązany z tajemnicą uciekającego czasu.

fot. Wiesław Kaczmarek
fot. Wiesław Kaczmarek
Wracam na scenę... Jest możliwość planowych prób, bo mimo olbrzymiego doświadczenia muzyków Titanium są one jednak potrzebne. Praca kamerzystów oraz operatorów świateł, dymów i innych sprzętów z prawie aktorską grą muzyków musi iść równolegle i być skoordynowana. W jednym czasie musi być także zagrana muzyka, a zdarza się, że start zapisu materiału na dysku nie następuje we właściwym czasie i wtedy ujecie należy powtórzyć. Nikt nie denerwuje się, nie wykrzykuje, widać profesjonalizm całej ekipy. To pomaga. Muszę powiedzieć, że nie wszystko jest utrzymane sztywno ze scenariuszem. Pomagają wspólne rozmowy i wynikające z nich zmiany w ustawieniu muzyków w odniesieniu do kamer i świateł. Pojawiają się też inne, ciekawe pomysły muzyków do kręconej sceny, które są na bieżąco dyskutowane z ekipą realizatorską. Muszą być też przerwy na małą charakteryzację twarzy, ułożenie włosów, a nawet oddech. Pracują - i to mocno - ręce, nogi i praktycznie całe ciała muzyków. Aparatura też potrzebuje odpoczynku, zmiany oprogramowania i wyregulowania dźwięków płynących z kolumn.

fot. Wiesław Kaczmarek
A ja cóż... płynę, omijam kable i wszystko, co znajduje się na mojej drodze. Staram się robić to tak, żeby nie rzucać się w oczy muzykom. Uwijam się za kotarami, przebijam i szukam miejsc, gdzie dymu jest mniej, znikam oku kamery gdy filmuje z tzw. koła czy z góry jak z drona. Włażę na drabinę pamiętając o światłach, bo one nie są statyczne, a momentami płyną i rwą scenę. Uczę się też fotografii przy tym wideoklipie i to jest dla mnie duża szansa. Dlatego z tak wspaniałej dla mnie propozycji musiałem skorzystać. Przez lata dużo się już nauczyłem. Pomagali mi w tym Grześ Kosmala i Stasiu Kulawiak, ale też granie w serialach i podpatrywanie ekipy telewizyjnej, która kręci filmy dużo mi dało. Jak do tej pory moja niewidzialność się udaje i nikt nie zwraca na mnie uwagi. Powiedzieli mi potem, że praktycznie nie było mnie w ich patrzałkach. Jest nareszcie większa chwila na odpoczynek, którą chcę wykorzystać na rozmowę z kamerzystą ekipy .

 Piotr Adamowicz z prawej. Za Piotrem Dominik Czech (fot. W. Kaczmarek)
- Opowiedz o swej pracy?

Dominik Czech - operator kamery: Pracuję nie tylko przy teledyskach. Robię różne formy filmowe. Dzisiaj pracujemy z ostrowską grupą Titanium, którą znamy od dłuższego czasu, a wcześniej współpracowaliśmy już z Karolem przy teledyskach grupy Pathfinder, w której również gra. Nasza praca ogólnie mówiąc polega na zarejestrowaniu akcji według scenariusza. Dopuszczamy oczywiście zmiany. Moja praca jako operatora polega na przygotowaniu oświetlenia, rozłożeniu całego planu i przygotowaniu sprzętu do filmowania. Dzisiaj używam Canona jako kamery plus stabilizatora obrazu zwanego roninem, który ma trzy żyroskopy i zapewnia płynność obrazu. Na ulicach miasta wykorzystamy ten sam sprzęt dodatkowo używając statywów.

 Praca przy clipie Pathfindera z ekipą Domonika Czecha

- Czy tylko zajmujecie się teledyskami?

Konstantin Naumenko (fot. Wiesław Kaczmarek)
Dominik Czech: W tej chwili w większości tak. Sami byliśmy kiedyś muzykami. Ja grałem na perkusji a Piotr - reżyser grał na gitarze. Graliśmy w zespole heavy metalowym, więc doskonale rozumiemy klimat, który panuje i tutaj i wśród chłopaków. Wiemy jak ma wyglądać teledysk i jak go zmontować. Znamy się na tym, wiemy, czy ktoś popełnił błąd na gitarze, więc pomaga nam to podczas cięć i  montażu. I co najważniejsze, pasjonuje nas ta muzyka. Powiem tobie, że nie podjęlibyśmy się zrobienia teledysku disco polo, bo nie znamy się na tym. A tutaj wiemy dokładnie, czego oni od nas oczekują i przelewamy to na taśmę filmową. Ten teledysk jest robiony w ruchu, jego roboczy tytuł to "Czas" i my ten czas pokazujemy i pędzimy, przez co praktycznie nie ma statycznych obrazów i wszystko dzieje się w tej gonitwie przemijania czasu. Czasem faceci w skórach nabitych ćwiekami wydają się groźni, a są to wspaniali, zgrani ludzie, którzy potrafią się sprężyć i zrobić coś super ciekawego i jest to ich pasja.


Mija trochę czasu. Musimy się trochę posilić. Dalsze sceny kręcone będą na ulicach i obrzeżach miasta. Primoz - bohater teledysku będzie musiał trochę pobiegać na potrzeby filmu. Kondycję ma, więc chyba tak szybko nie zmęczy się, bo i powtórzyć na pewno coś będzie trzeba. Tak to już jest. Potem scena w autobusie - kupno biletu. Wszyscy i muzycy i ekipa są w świetnych humorach. Pogoda nadal jest dobra. Przyszedł czas na pożegnanie Ostrowa, bo trzeba jeszcze zdążyć na ostrzeszowską górę Bałczynę. Tam filmowany będzie kamienny stół z zegarem. Więcej na razie powiedzieć nie mogę. Będzie tajemniczo, mrocznie i głośno. Będzie to wspaniały i interesujący teledysk zespołu Titanium z nowym wokalistą Konstantinem Naumenko.

Primoz, Filip Gruca i Karol Mania (fot. Wiesław Kaczmarek)
Na koniec więc Primoz (to jego pseudonim).

fot. Wiesław Kaczmarek
- W jaki sposób się przedstawisz?

Primoz: Kurcze... mówią, że jestem ich mentorem, duszą towarzystwa i spirituality. Ponoć jestem też ich przewodnikiem po tym całym cyrku, który się dzieje. Mam zagrać główną rolę w tym teledysku i będę się spieszył na ich koncert. Poza tym jestem zawsze główną osobą, która zamyka koncerty wychodząc na scenę z tą flagą, z którą związana jest historia na pierwszej płycie. Wierzą we mnie, więc to zrobię. Dokonam tego. Sądzę, że będzie to takie podsumowanie naszej dwudziestoletniej znajomości.

Kończę ten wspaniały dla mnie dzień z Titanium. Dzień tak udany, że aż niewyobrażalny. Ciekawe doświadczenie i poznanie mądrych i utalentowanych ludzi. Dzień pełen niespodzianek i dzień niepowtarzalny. A co do teledysku... będzie super tajemniczy.




27 Sierpnia 2016 roku - premiera Teledysku!

Titanium:
Konstantin Naumenko - wokal
Jarek Bona - gitara
Filip Gruca - perkusja
Szymon "Saimon" Szydłowski - bas
Karol Mania - gitara

opowiedział: Wiesław Kaczmarek
zdjęcia: Wiesław Kaczmarek / Ostrzeszów

Krzysztof Wodniczak - Elvisie, gdzie jesteś?

Z zadowoleniem witaj swoje lata.
To one pozwalają ci dążyć niekończącą się ścieżką życia.
(Joseph Murphy)


fot. Hieronim Dymalski
fot. Hieronim Dymalski
15 sierpnia w Poznaniu ze szczególnym przygotowaniem obchodzono rocznice śmierci Elvisa Aarona Presleya. Najpierw Rejs z Elvisem po Warcie z muzykami Włodzimierzem Gracanem, Bogusławem Gralińskim, Włodzimierzem Janowskim, Sławomirem Jaślarem, Andrzejem Kosowskim, Kazimierzem Milerem, Zbigniewem Ostrowskim, grającymi utwory z repertuaru Presleya. Później koncert na Starym Rynku, na scenie wodnej AQUANET koncert Poznaniacy pamiętają Presleya. Ci, którzy w to nie wierzyli niech posypią sobie głowę popiołem, bo oba te spotkania związane z Królem Rock and Rolla były przygotowane - i co najważniejsze - wykonane z rozmachem i dużym profesjonalizmem, czego by się nie powstydziły najlepsze agendy artystyczno - imprezowe.

fot. Hieronim Dymalski
fot. Hieronim Dymalski
Największe przeboje z repertuaru Elvisa Presleya, jakie mają nadal dobre notowania to Love Me Tender, Heartbreak Hotel, Jaihause Rock, Fever, Blue Hawai, Love Me Tender, Hound Dog, Retourn To Sender były wykonywane podczas poznańskiego koncertu na wodnej scenie AQUANET-u. Wszyscy wykonawcy rzeczonego koncertu, podobnie jak publiczność, świetnie się bawili nadając koncertowi koloryt wart najjaśniejszych barw dźwięków wcześniej zasłyszanych z oryginalnego wykonania.
Do obiegowego wykonania Presleya nie są zaliczane m.in. I Cant Stop Living You, Georgia, Sorento czy O Sole Mio. Te kompozycje miał w swoim repertuarze Elvis Presley, ale nie są one uważane za szeroki repertuar tego wykonawcy. Włodzimierz Janowski obdarzony bluesowym tembrze głosu swoją interpretacją zaskoczył wszystkich. Takiego "od serca" wykonawcy nie spotyka się na co dzień. Warto temu wokaliście przyjrzeć się bliżej i obserwować jego dalszą działalność na scenie i w studio. Także niespodziewanym występem okazał się tenor, śpiewający klasycznie, pieśni neapolitańskie Sławomir Jaślar.

fot. Hieronim Dymalski
Tomasz Dziubiński znany poznański "Presleyowiec" wykonał utwory z pierwszego singla Elvisa. Oryginalny tytuł tego utworu to Thats All Right (kompozytor Arthur "Big Boy" Crudup, który nagrał go na płytę w roku 1946 - utwór w roku 1954 - otrzymał nagrodę Grammy (Presley takich wyróżnień zdobył trzy). To już 39 lat brakuje nam żywego Elvisa, ale i tak żyje na co dzień w naszej pamięci!

Krystian Wagay

Moja muzyka po prostu sobie jest - z Marleną Germugą znaną słuchaczom Polisz Czart jako Czakulec rozmawia Sławek Orwat

"Nigdy nie miałam styczności z tworem jakim jest wywiad, więc proszę mówić, jeśli coś poprawić"... Takimi słowami rozpoczęła pewna utalentowana Istota o ksywie Czakulec swojego maila z odpowiedziami na moje pytania, które wysłałem tej młodej dziewczynie o pięknej duszy jakiś czas temu. Nigdy nie spotkaliśmy się ani twarzą w twarz, ani w cyberprzestrzeni i aż do dnia dzisiejszego nie miałem najmniejszego pojęcia jakie imię i nazwisko nosi pianistka, która już dwukrotnie szturmem zdobyła czołówkę Listy Przebojów Polisz Czart. Chciałoby się w tym momencie rzec, że te jej "przeboje" to książkowe przykłady anty przebojów, które w dzisiejszym hałaśliwym i obowiązkowo wokalnym świecie muzyki nie powinny nigdy objawić się w takich zakątkach radiowego eteru, jakimi są listy przebojów. Cóż... nie pierwszy raz logika przegrała z rzeczywistością, a i dobra muzyka także nie po raz pierwszy obroniła się sama. I jeszcze jedno... Czakulec dzięki Liście Polisz Czart nie tylko po raz pierwszy trafiła do mediów. Dzięki Muzycznej Podróży i mojej namolności w działaniach zmierzających do zrobienia z nią wywiadu, Czakulec w końcu postanowiła ujawnić światu swoją tożsamość. Teraz już tylko wraz z Adrianną - autorką pewnego papierowego żurawia (fot. powyżej) trzymajmy za Czakulca/Marlenę kciuki i przesyłajmy jej codzienną dawkę pozytywnych myśli, których moc pomoże kiedyś zrealizować jej młodzieńcze marzenia.



- Jak narodził się Czakulec?

- Jako dzieciak zaczynałam od keyboardu. Jednak z wiekiem ciekawszym dla mnie okazało się wyłączenie wszystkich funkcji i włączenie pełnej klawiatury na barwie prostego pianina. Udało mi się nagrać kilka coverów. Poziom i jakość były straszne ale postanowiłam wrzucić to na YT. Nie brałam wtedy pod uwagę żadnego odbioru więc zrobiłam to raczej na pamiątkę dla siebie. Później odkryłam istnienie kabla audio więc nagrałam liniowo jeszcze kilka coverów. Jakość wciąż nie była piękna ale już nie brzmiało jak silnik Ursusa w metrze. W międzyczasie nagrałam swoje pierwsze małe kompozycje, zaczęłam grać w zespołach jako klawiszowiec i współpracowałam z wokalistami służąc swoim akompaniamentem.

Horyzonty się poszerzały, tempo było dość szalone. Niestety pewnego pięknego dnia złamałam sobie dość paskudnie jedną z kości w dłoni. Na dobry rok jak nie więcej kontuzja wykluczyła mnie ze wszystkiego co wcześniej wspomniane. Kiedy ręka była na tyle sprawna, że byłam w stanie jakkolwiek grać, okazało się, że nie bardzo jest do czego wracać. Wokaliści rozeszli się w swoje strony, jeden zespół umarł śmiercią naturalną. Został mi Brandon Marlo i klawisze zaległe w czterech ścianach. Próbowałam dalej robić swoje jednak byłam wystarczająco zniechęcona do dalszej gry. Ostatecznie pojawił się nowy przyjaciel. Mały żuraw złożony z kawiarnianej serwetki na konwencie. Podarowała mi go pewna duszyczka, która okazała się wywrzeć istotny wpływ na zwrot akcji w mojej relacji z muzyką. Gra przestała być frustrująca, znowu była dla mnie przeżyciem. Co ważniejsze, przestała płynąć tylko z głowy. Dźwięki samoistnie zaczęły zastępować słowa w wyrażaniu najróżniejszych emocji. To był ważny moment. Gdyby odtworzyć wydarzenia minionych lat, wyciąć z nich wszystkie słowa i pozostawić muzykę, przekaz byłby równie zrozumiały. Wszystkie utwory powstałe od tego czasu są opowiadaną historią. Jak narodził się Czakulec? Z małego żurawia i bratniej duszy.


Michael Nyman at Odessa International Film Festival in July 2015
(fot. Anton V. Shpigunov)
- Mój radiowy kolega Tomasz Wybranowski, z którym wspólnie realizujemy Listę Przebojów Polisz Czart doszukał się w twoich kompozycjach odniesień do dzieł genialnego brytyjskiego kompozytora o polsko - żydowskich korzeniach Michaela Nymana. Czy rzeczywiście twórczość tego artysty stanowi dla Ciebie jakąś inspirację, czy to zupełny przypadek?

- Cóż. Niestety muszę przyznać, że ten artysta nie był mi wcześniej znany. Poza cięższym brzmieniem słucham głównie muzyki z gier i muzyki filmowej. Dlatego nie omieszkam sięgnąć po filmy, które uzupełnił swoją twórczością. Odsłuchując kilku jego utworów mogę stwierdzić, że zrobię to z czystą przyjemnością. Myślę, że swój ślad pozostawiły na mnie godziny spędzone na słuchaniu takich artystów jak Ludovico Einaudi, Helen Jane Long, czy Yiruma.

- O twoim istnieniu dowiedziałem się z jednego z maili z głosami na Listę Polisz Czart. Ktoś - już teraz nie pamiętam kto - zagłosował na twoją kompozycję Szukaj i kompletnie niespodziewanie Czakulec przy pomocy tzw. "dzikiej karty" zadebiutował w maju tego roku na miejscu 50, aby już miesiąc później zdobyć wysoką 15 pozycję! Co wtedy poczułaś?


- Na pewno nie spodziewałam się tak dobrego odbioru. Nawet później mój mózg próbował wmówić mi, że to może przypadek. Tak naprawdę pewności dodało mi dopiero kolejne notowanie. Chociaż wciąż nie nazwę siebie mianem artysty. Myślę, że na to miano trzeba sobie zasłużyć, osiągnąć pewną dojrzałość muzyczną. Przede mną jeszcze długo droga, sporo nauki. 

Pierwsza dziesiątka lipcowego notowania Listy Polisz Czart z roku 2016
- Czy byłaś gdzieś wcześniej grana w mediach i czy jakikolwiek twój utwór znalazł się już kiedyś na jakiejś liście przebojów, czy też nasza lista to dla ciebie debiut w charakterze autorki przeboju?

- To był mój absolutny debiut. Kiedy usłyszałam o notowaniu, z początku myślałam, że ktoś robi sobie żarty. Niestety sceptycyzm jest u mnie silną cechą, a dziwnych przypadków w internecie nie brakuje. Chociaż mogłam już dwukrotnie usłyszeć się w audycji, to wciąż brzmi dla mnie kosmicznie. Jestem bardzo przyjemnie zaskoczona takim obrotem spraw. Nie tworzę muzyki, która ma się podobać. Tworzę taką, która po prostu coś przekazuje, wyraża. Tym przyjemniej jest być docenionym w taki sposób. 


- W lipcowym notowaniu twoja kolejna kompozycja - Seyereh wspięła się aż na 7 pozycję! Obecnie trwa kolejne głosowanie. Czy Maybe Rain zawalczy o jeszcze wyższą lokatę?

- To wzbudziło dużo pozytywnych emocji. Zdawałoby się, że nie ma co liczyć na pierwszą dziesiątkę, jeśli nie masz zespołu albo przynajmniej wokalu. A tu proszę, jedno pianino, jeden kabel i kolejna historia wpada w ucho i serce. Z tego co pamiętam, Maybe Rain jest utworem młodszym od dwóch pozostałych. Niesie za sobą odmienne emocje, inną opowieść. Pod tym względem spełnia swoje zadanie, a przecież właśnie po to powstał. Reszta jest w rękach ludzi, mi pozostała obserwacja.


- Ile kompozycji posiadasz w swoim repertuarze i jaki procent z nich udostępniłaś na swoim kanale YouTube?

- Myślę, że moje kompozycje można policzyć na palcach jednej ręki. Tych na pianino. Poza samym pianinem odbywam małą przygodę z instrumentami wirtualnymi i nieco bawię się dźwiękami. Kilka z tych rzeczy również można znaleźć na kanale. Poza tym niezliczona ilość zalążków i niedokończonych motywów błąka się gdzieś na płytach. Być może kiedyś coś z nich powstanie.

Czakulec
- Serializm czy minimalizm? Który z tych nurtów w fortepianowej muzyce współczesnej jest ci bliższy? Pytanie to stanowi oczywiste nawiązanie do wcześniejszego wątku naszej rozmowy dotyczącego muzycznej filozofii Michaela Nymana.

- To co robię na pianinie w większej mierze jest przypadkiem. Nie skupiam się na tym jak utwór ma być ułożony, jak bardzo ma być złożony. Nie liczę taktów, nie mierzę nawet tempa. Siadam przed klawiaturą i piszę historię. Jeśli coś ma wyjść, wyjdzie za pierwszym razem od początku do końca, jako kompletna całość, bez zbędnego namysłu i planowania. Zupełnie odwrotnie jest z pozostałymi instrumentami. Nieraz kombinuję godzinami nad układem akordów, melodiami, długością trwania, powtarzalnością. Każdy dźwięk musi być przemyślany, tempo równe, dynamika przemyślana, tam nic nie jest przypadkiem. To kwestia odmienności celu powstania obu tych rzeczy. Ale moja muzyka jeszcze zbytnio raczkuje, żeby określać ją poprzez jakiś nurt. Póki co, po prostu sobie jest.


- Posiadasz zawodowe przygotowanie muzyczne, czy wszystko, co potrafisz zawdzięczasz wyłącznie talentowi i fascynacji klawiaturą pianina?

- To nieco kwestia sporna. Za dziecka uczęszczałam na zajęcia. Jednak był to keyboard, później gitara. Muzyka była raczej rozrywkowa, a ja byłam opornym uczniem. Grałam ze słuchu, a nuty były dla mnie złem wcielonym. Do pianina usiadłam sama, kombinowałam, co po latach gry na keyboardzie zrobić z lewą ręką na klawiaturze. Na prawdziwym pianinie czy fortepianie miałam okazje grać jedynie na samych występach i niektórych nagraniach więc bardzo cenię sobie każdą okazję do gry. Później poszłam na realizację dźwięku więc teoria i nuty mnie nie minęły. Wprawdzie na dyplomie widnieje zawód muzyk ale "zawodowe przygotowanie muzyczne" od strony grania, to raczej nie jest. Także raczej słuch i fascynacja instrumentem pianina.

- Chopin, Komeda, a może jeszcze ktoś inny? Kogo z polskich twórców muzyki fortepianowej cenisz sobie najbardziej?


- Nie stronię od muzyki klasycznej, więc od czasu do czasu przewinie się i Chopin. Jednak Komeda, no cóż. Nie jest łatwo nie kochać Kołysanki z Dziecka Rosemary. Uwielbiam wykonanie Leszka Możdżera z Marcusem Millerem z Gdańska 2011 roku. Obaj panowie wymienieni w pytaniu tworzyli coś odmiennego i myślę, że nie można ich mierzyć jedną miarą. Nie potrafię więc określić, którego osobiście ceniłabym bardziej.

Joanna Duda
- W polskiej muzyce jazzowej bardzo znaną postacią jest pianistka formacji Wojtek Mazolewski Quintet Joanna Duda, której wyrazisty image dodaje jej dodatkowo scenicznej charyzmy. Jak myślisz, dlaczego tak niewiele dziewcząt robi karierę w światku pianistów?

- Może mają za małe dłonie (śmiech) A mówiąc poważnie, nie mam pojęcia. Może rozpiętość dźwięków i dynamika są bardziej wymagające od innych instrumentów. Nie wydaje mi się, żeby na przykład w orkiestrach było widocznie więcej mężczyzn niż kobiet. Oglądając takie koncerty rzadko jednak widziałam kobietę przy fortepianie. Trafiłam chyba raz. Koncert był bardzo wymagający jeśli chodzi o ten instrument i wyglądała przy grze jak opętana, odwaliła niesamowity kawał roboty. Widać ile siły musiała włożyć by sprostać dynamice kompozycji. Wysiłek był nie mniejszy niż bieg niejednego olimpijczyka. Jeśli nie chodzi jednak o kwestie siłowe to nie mam pomysłu, naprawdę.

- W rozmowie z roku 2011 wspomniany już Leszek Możdżer powiedział takie zdanie: "Myślę, że każdy człowiek jest w stanie swoimi dłońmi zrobić rzeczy zarówno piękne, jak i druzgocące nasz świat i dłoń jest takim samym narzędziem jak każde inne. Tak naprawdę tajemnica nie tkwi w dłoniach. Tajemnica tkwi w szukaniu prawdy, w czystości intencji i w tym, żeby realizować swoje marzenia". Podobnie pojmujesz filozofię wydobywania dźwięków za pomocą twoich palców?



- Jak już wcześniej wspomniałam, muzyka stała się dla mnie środkiem przekazu, wyrażenia myśli i emocji. Dla przykładu, zawsze chciałam śpiewać. Jednak poskąpiono mi głosu, więc instrumenty na swój sposób zastępują mi struny głosowe. Czasem człowiek chce coś nazwać, określić, opisać, opowiedzieć, jednak nie potrafi znaleźć odpowiednich słów. Czasami odpowiednie słowa nie istnieją. Tu z pomocą przychodzą dłonie, których można użyć jako narzędzi do środka przekazu. Można użyć dźwięku, ruchu, obrazu. Gra, śpiew, rysunek, malowanie, taniec. To wszystko zwyczajne czynności jak sprzątanie czy parzenie herbaty. Do wykonywania różnych rzeczy potrzebne są różne talenty. Nie znaczy to, że człowiek musi być zadowolony z posiadania talentu i nadawać mu głębszy sens. Nawet stolarz może być artystą, a muzyk prostym rzemieślnikiem. Można grać dźwięki nie nadając im większego znaczenia, zwyczajne wyuczenie danej czynności. Można powiedzieć, że rzemieślniczo muzycznie jestem kiepska. Wykształcenie, technika i tym podobne rzeczy nie są moją mocną stroną. Ale dopóki moje intencje są czysto artystyczne, to nie ma dla mnie znaczenia. Swoje umiejętności rzemieślnicze rozwijam osobnym torem i póki co nie chcę ich łączyć. Jeszcze nie teraz.


Moje londyńskie spotkanie z Leszkiem Możdżerem
- Podczas tej samej rozmowy Leszek Możdżer wypowiedział też swoją osobistą wizję przyszłości muzyki: "Mam wrażenie, że fuzja muzyki jazzowej i klasycznej jest nieunikniona i że prędzej czy później te światy muszą się połączyć. Moim zdaniem jedyną rzeczą, dzielącą te dwa gatunki, jest tylko to, że jazz zwykło się grac z nagłośnieniem, a muzykę klasyczną zwykło się grać bez nagłośnienia. To jest właściwie jedyne pole, na którym muzyka klasyczna przegrywa z jazzem, z muzyka rockową, z muzyką rock’n’rollową, z muzyką popową. Dzieje się tak głownie dlatego, że nie jest ona nowocześnie podana. Jest podana w sposób starodawny, bez nagłośnienia, bez oświetlenia, w kostiumie z minionej epoki. Jeżeli zaangażuje się wszystkie nowoczesne środki do prezentacji muzyki klasycznej, to ona będzie równie wstrząsająca dla publiczności jak muzyka rockowa i przewiduję wielki powrót muzyki klasycznej na listy przebojów". Zgadzasz się z Leszkiem w tej kwestii? W jakim gatunku widzisz siebie w najbliższej przyszłości?


Czakulec
- W muzyce tworzą się coraz to nowe gatunku, podgatunki, mieszaniny. Właśnie. Przychodzi moment, w którym już prawie wszystko ze sobą kooperowało. Powstała masa muzycznych eksperymentów. W tym muzyka klasyczna zagrana za pomocą współczesnych instrumentów. Tego rodzaju przeróbki są ciekawym pomysłem, na który ktoś wpadłby prędzej czy później. Niektórzy być może słyszeli takie remixy nie będąc nawet świadomi, że kompozycja pochodzi sprzed kilku wieków. Nie chodzi jednak o koleje mieszanie gatunków. Chodzi o nowoczesne podanie czystej muzyki klasycznej. Nagłośnienie, lokalizacja, oprawa, światła, stroje. Myślę, że z biegiem czasu ktoś wymyśli na tyle ciekawą oprawę, że muzycy klasyczni będą na równi z gwiazdami rocka. Osobiście grałam zarówno w takich gatunkach jak symfoniczny black metal jak i lekki rock alternatywny, na delikatnych duetach pianino-wokal kończąc, więc naprawdę ciężko mi powiedzieć jak to się skończy. Czas pokaże.

- Jakie plany i marzenia związane z działalnością muzyczną skrywa w swojej pięknej duszy Czakulec? Myślisz poważnie o karierze muzycznej, czy też świadomie zatrzymałaś się tylko na realizacji swojej pasji?


- Z marzenia o zespole, z którym przejeżdżę cały kraj w trasie koncertowej raczej się nie wyleczę. A jeśli chodzi o plany, dostałam się na kierunek, który zajmuje się dźwiękiem w grach więc być może uda się również zawodowo związać przyszłość z muzyką. Marzę też o swoim małym studiu, w którym mogłabym nagrywać zarówno siebie jak i osóbki dopiero zaczynające przygodę z muzyką. Wiem jak bardzo potrafi hamować brak możliwości nagrania pierwszych kroków w przyzwoitej jakości. Internet potrafi być dziś miejscem, w którym rozpoczyna się kariera. Jednak każda widownia ma swoje wymagania.

Czakulec
- Nie posiadasz żadnej strony internetowej, nie masz fan page na Facebooku, nie masz także managera i nie angażujesz się w jakąkolwiek promocję swojej twórczości poza kanałem YouTube. Czy po sukcesach na naszej liście coś w tych tematach zmieni się?

- Pierwsze nagrania trafiły na YT raczej dla mnie samej albo dla znajomych, z którymi wybierałam kolejne kawałki do coverów. Wciąż publikuję to raczej dla siebie albo dla duszyczek, które mnie do tego namawiają jak zwykle wierząc we mnie bardziej niż ja sama. Moja działalność internetowa ogranicza się raczej do minimum. Nie potrafię obchodzić się z ludźmi, których nie widzę na żywo, więc pewnie nawet nie wiedziałabym za co się złapać. Myślę, że jeżeli kiedyś powstanie coś takiego jak fan page, to nie z samodzielnej inicjatywy. Ktoś musiałby mnie nieźle kopnąć albo zająć się tym osobiście.

Adrianna Mac
- Dasz się namówić na ujawnienie swojej tożsamości, czy nadal chcesz ukrywać się przed światem, a jeśli tak, to dlaczego? Przy okazji... w przepastnych zasobach Internetu podczas wyszukiwania słowa Czakulec, można odnaleźć następujące zdjęcie (fot. powyżej):

- Póki co z moją tożsamością nie wiąże się żadna wybitna kariera więc moje imię i nazwisko może jedynie przypisać do anonimowego pseudonimu, równie anonimową twarz. Chciałam sprawdzić reakcję, odbiór. Zobaczyć, czy jest sens operować nazwiskiem. Ale widzę, że mój pesymizm tym razem przegrał z kolorową rzeczywistością, więc można przypisać dziewczynę ze zdjęcia do ksywy Czakulec i nazwać ją Marlena Germuga.

- Adrianna Mac - nasza zwyciężczyni konkursu, jaki ogłosiłem z okazji półmilionowego wejścia na mojego bloga Muzyczna Podróż tutaj to jedna z tych słuchaczek Polisz Czart i czytelniczek bloga, która otwarcie przyznaje się do sympatii dla twojej muzyki i sama namawiała mnie do zrealizowania tego wywiadu. Miałaś może okazję poznać Adriannę? Jak wielu podobnych jej fanów twojego talentu spotykasz na swojej drodze?

Marlena i Adrianna
- Nie wiem czy posiadam jeszcze jakiś fanów. Właśnie Adrianna miała kiedyś okazję podarować mi owego serwetkowego żurawia, więc jest nie tylko moją największą fanką ale i moim osobistym cieplutkim natchnieniem. Myślę, że mamy kandydatkę na menadżerkę (śmiech).

- Wspomniany w tej rozmowie dwukrotnie Michael Nyman dał się poznać światu w dużej mierze dzięki muzyce do filmów znakomitego brytyjskiego reżysera Petera Greenawaya. Nie kusi cię podobna droga? Być może Czakulec powinien także pójść w stronę muzyki filmowej lub teatralnej. Co o tym myślisz?


- Jeżeli moje plany wypalą, pójdę raczej w muzykę do gier. Ale nic nie stoi na przeszkodzie, by spróbować pracy z filmem czy w teatrze. Wszystko ma swoje unikalne potrzeby, wszystko wymaga nieco innego podejścia, wszystko rozwija.

czwartek, 18 sierpnia 2016

Sleepin' Rough, czyli The Rumjacks znów nie dadzą Wam spać!

5 sierpnia ukazała się trzecia płyta celtic punkowców z The Rumjacks. Australijczycy będą ją promować na zbliżających się, klubowych koncertach w Polsce!

- To coś w rodzaju dorastania ze łzą kręcącą się w oku, podczas gdy w sercu szaleje burza - opisuje muzyczne dziedzictwo The Rumjacks frontman zespołu Frankie McLaughlin. - Wychowywaliśmy się na szkockiej i irlandzkiej muzyce, jakiej całe mnóstwo mieli w swoich kolekcjach nasi rodzice. Aż do chwili, w której czołowo zderzyliśmy się ze światem punk rocka i pomyśleliśmy, że pozjadaliśmy wszystkie rozumy.

Te dwa kluczowe filary – punk rock i folk – najlepiej definiują The Rumjacks, choć grupa nieustannie przeciera swój szlak pośród wyjątkowo krętego muzycznego krajobrazu, który ją otacza. Swój własny przepis na celtic punk, Australijczycy zaserwowali jak dotąd na dwóch EP'kach - „Hung, Drawn & Portered” i „Sound as a Pound” (obie z 2009 r.) - oraz dwóch dużych płytach - „Gangs of New Holland” (2010) oraz „Sober & Godless” (2015). Od czasu założenia zespołu w 2008, kiedy McLaughlin spotkał basistę Johnny'ego McKelveya, ekipa z Sydney nabiła ponad 18 mln wyświetleń na YouTube, z czego powyżej 13 mln było zasługą ich przełomowego hitu „An Irish Pub Song”. Podobnie jak on, również pozostałe wideoklipy - wśród nich takie numery jak „Uncle Tommy”, „Blows & Unkind Words”, „Plenty” czy „One Summers Day” - oddają niesamowitą koncertową energię The Rumjacks. Ostatni z nich zarejestrowano podczas zeszłorocznego Jarocin Festiwalu.

Ich wybuchowe koncerty i nieustające trasy koncertowe zawiodły ich na sceny, które dzielili z tak różnymi zespołami jak Dropkick Murphys, Gogol Bordello, GBH czy UK Subs. - Czujemy się jak w domu w każdym line-upie i przed każdą publicznością. Myślę, że w tym, co robimy znajdą się elementy, które przemówią do każdego. Czerpiemy z wielu źródeł, ale zarazem zależy nam na tym, aby umacniać się w tym, co robiliśmy do tej pory, czyli graniu solidnego punk rocka z dużą zawartością celtyckiego folku. Mamy przy tym nadzieję, że pozostawiamy po sobie coś świeżego i na tyle znaczącego, że ludzie będą o tym pamiętać jeszcze długo po zakończeniu imprezy – mówi McLaughlin. Po niezwykle udanym 2015 r., kiedy w ramach europejskiej trasy grupa zagrała przed ponad 50 tys. fanów, The Rumjacks powracają z najnowszym albumem „Sleepin' Rough” i kolejną seria koncertów na Starym Kontynencie. Po znakomicie przyjętym występie na tegorocznym Przystanku Woodstock, zespół wystąpi w klubach sześciu polskich miast. Trzeci duży album, który zawiera jeszcze jeden polski akcent w postaci piosenki „Zielona Gora” jest znakomitym pretekstem do ruszenia w konkretne tango pod sceną!

The Rumjacks w Polsce

30.08 – Wrocław, Firlej
31.08 – Poznań, U Bazyla (nowa lokalizacja, ul. Norwida 18A)
bilety: 40zł (przedsprzedaż), 50zł (w dniu koncertu )
oraz stacjonarnie - Rock Long Luck (Poznań), Rocky Shop (Wrocław)

oraz
1.09 – Gdynia, Ucho
2.09 – Warszawa, Hydrozagadka
3.09 – Kraków, Rotunda
4.09. – Bielsko Biała, Rudeboy

środa, 17 sierpnia 2016

29 sierpnia w HRP Pamela odbędzie się koncertowa premiera płyty zespołu Revolucja Jacka Dewódzkiego





Wakacje w Hard Rock Pubie Pamela zakończy wyjątkowe wydarzenie. W poniedziałek 29 sierpnia 2016 odbędzie się koncertowa premiera płyty zespołu Jacka Dewódzkiego, czyli grupy REVOLUCJA. Uświetni ją występ zespołu Vargas Blues Band. Oba zespoły zagrają pierwszy raz w Hard Rock Pubie Pamela. Zapowiada się więc wspaniały koncert, w trakcie którego będzie można kupić nową płytę REVOLUCJI pt. "Bida z Nędzą" (HRPP 037), tuż przed jej pojawieniem się w sklepach. Wydarzenie poprzedzą warsztaty gitarowe zorganizowane w ramach programu Campus Hrp Pamela, które poprowadzą: Krzysztof "pARTyzant" Toczko oraz Javier Vargas. Koncert rozpocznie się o godzinie 19., zaś warsztaty gitarowe o 17. Wstęp na oba wydarzenia jest wolny.